Gdzie jadano i pito?

Lokale, w których rozgrywają się, bardziej lub mniej znaczące akcje powieści dla współczesnego czytelnika Lalki w większości są nie znane, a często ustalenie ich dawnej lokalizacji jest nie możliwe głównie ze względu na znikome informacje podane przez autora. Po niektórych pozostały ślady, jak winiarnia Lesisza, która dzisiaj już nie funkcjonuje, ale budynek pozostał.

Pierwszym miejscem jest renomowana jadłodajnia, w której wieczory spędzali „właściciele składów bielizny i składów win, fabrykanci powozów i kapeluszy, poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych funduszów i posiadacze kamienic bez zajęcia”[1], a wśród nich między innymi pan Deklewski, fabrykant powozów i pan Węgrowicz, członek Towarzystwa Dobroczynności, racząc się piwem w butelkach z ciemnego szkła i przekąskami rozprawiali o Wokulskim i jego sklepie.

„- Na ruinie bowiem i niewypłacalności – mówił pan Deklewski – musi skończyć człowiek, który nie pilnuje się jednego fachu i nie umie uszanować darów łaskawej fortuny. – Zaś radca Węgrowicz po każdej również głębokiej sentencji swego przyjaciela dodawał:

– Wariat! wariat!… Awanturnik!… Józiu, przynieś no jeszcze piwa. A która to butelka?

– Szósta, panie radco. Służę piorunem!… – odpowiadał Józio.

– Już szósta?… Jak ten czas leci!… Wariat! Wariat! – mruczał radca Węgrowicz.

Dla osób posilających się w tej co radca jadłodajni, dla jej właściciela, subiektów i chłopców przyczyny klęsk mających paść na S. Wokulskiego i jego sklep galanteryjny były tak jasne jak gazowe płomyki oświetlające zakład. Przyczyny te tkwiły w niespokojnym charakterze, w awanturniczym życiu, zresztą w najświeższym postępku człowieka, który mając w ręku pewny kawałek chleba i możność uczęszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracji, dobrowolnie wyrzekł się restauracji, sklep zostawił na Opatrzności boskiej, a sam z całą gotówką odziedziczoną po żonie pojechał na turecką wojnę robić majątek.

– A może go i zrobi… Dostawy dla wojska to gruby interes – wtrącił pan Szprot, ajent handlowy, który bywał tu rzadkim gościem.

– Nic nie zrobi – odparł pan Deklewski – a tymczasem porządny sklep diabli wezmą. Na dostawach bogacą się tylko Żydzi i Niemcy; nasi do tego nie mają głowy.

– A może Wokulski ma głowę?

– Wariat! wariat!… – mruknął radca. – Podaj no, Józiu, piwa. Która to?…

– Siódma buteleczka, panie radco. Służę piorunem!

– Już siódma?… Jak ten czas leci, jak ten czas leci…

Ajent handlowy, który z obowiązków stanowiska potrzebował mieć o kupcach wiadomości wszechstronne i wyczerpujące, przeniósł swoją butelkę i szklankę do stołu radcy i topiąc słodkie wejrzenie w jego załzawionych oczach, spytał zniżonym głosem:

– Przepraszam, ale… dlaczego pan radca nazywa Wokulskiego wariatem?… Może mogę służyć cygarkiem… Ja trochę znam Wokulskiego. Zawsze wydawał mi się człowiekiem skrytym i dumnym. W kupcu skrytość jest wielką zaletą, duma wadą. Ale żeby Wokulski zdradzał skłonności do wariacji, tegom nie spostrzegł.

Radca przyjął cygaro bez szczególnych oznak wdzięczności. Jego rumiana twarz, otoczona pękami siwych włosów nad czołem, na brodzie i na policzkach, była w tej chwili podobna do krwawnika oprawionego w srebro.

– Nazywam go – odparł, powoli ogryzając i zapalając cygaro – nazywam go wariatem, gdyż go znam lat… Zaczekaj pan… Piętnaście…siedmnaście… ośmnaście… Było to w roku 1860… Jadaliśmy wtedy u Hopfera. Znałeś pan Hopfera?…”[2]

Co chwila subiekt donosi buteleczkę piwa panu Węgrowiczowi i w „kłebach dymu cygar i pochyleni nad butelkami”[3] rozmowa toczy się dalej o tym jak to Wokulski pracował u Hopfera i jak chciał zostać uczonym.

Niestety Prus nie podaje żadnej znaczącej informacji, która pozwoliłaby umiejscowić lokal na ulicach Warszawy, ani nie wymienia nazwy lokalu.

O wiele więcej możemy dowiedzieć się o lokalu, do którego udał się pan Machalski, kiper u Hopfera, zaraz po przybyciu do Warszawy po długiej nieobecności w tym mieście. Mowa tu o piwnicy Lesisza.

„Ależ to żywy Machalski, kiper od Hopfera!… Byliśmy razem na Węgrzech, później tu, w Warszawie; ale od piętnastu lat nie widzieliśmy się; gdyż on mieszka w Galicji i ciągle jest kiprem. […]

– Zajechałem na Dziekankę, ale było mi tak tęskno, żem zaraz poszedł do Lesisza, do piwnicy… To, panie, piwnice!… żyć, nie umierać…”[4]

Owy „Skład hurtowy win, koniaków, araków, likieru i porteru Karol Lesisz”, jak głosi reklama z 1897 roku umieszczona w Przewodniku Ilustrowanym po Warszawie, Łodzi i okolicach fabrycznych, znajdował się na Krakowskim Przedmieściu 54. Winiarnia Lesisza dzieliła budynek, znajdujący się między Dziekanką[5] a kościołem pokarmelickim z Seminarium Duchownym. Księża chętnie odwiedzali piwnice o czym informuje Ilustrowany przewodnik po Warszawie Gomulickiego i Szmideberga. Budynek ocalał z bombardowań Warszawy w czasie II wojny światowej. Po wojnie budynek przeszedł na własność  państwa jako Centralne Piwnice Win Importowanych. Przed 1965 rokiem lokal funkcjonował pod nazwą „U Hopfera”, ale na pewno nie ma on nic wspólnego, po za nazwą, z lokalem, w którym pracował Wokulski w okresie swojej młodości. Obecnie cały budynek należy do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego, w piwnicach którego ulokowano kawiarnię.

” Gadu, gadu, przesiedzieliśmy do pierwszej w nocy. Machalski przenocował u mnie, a o szóstej rano znowu poleciał do Lesisza:

– Cóż będziesz robił po obiedzie? – pytam.

– Po obiedzie wstąpię do Fukiera, a na noc wrócę do ciebie – odpowiedział.

Był z tydzień w Warszawie. Nocował u mnie, a dnie spędzał w piwnicach.”[6]

Wspomniana w przytoczonym wyżej cytacie winiarnia Fukiera została założona przez rodzinę Fukierów w 1810 roku na Rynku Starego Miasta 27. W pierwszych lata swego istnienia zaliczana była do renomowanych winiarni, gdzie „najważniejsze sprawy prywatne i publiczne załatwiały się inter pocula – pod łukowem sklepieniem Fukierowskiej winiarni (…) odbywały się wieczorami istne sejmiki.”[7] W początkach XX wieku wśród bywalców przeważali klienci klasy niższej, tylko już „co pewien czas odwiedza winiarnię jaka znakomitość. Wypija butelkę dobrego wina (…), kilka butelek każe sobie zapakować i odesłać.”[8] Po zakończeniu II wojny światowej, kamienicę Fukierów odbudowano i urządzono winiarnię, do której można udać się i dzisiaj.

Cukiernię, w której „chowa” się Rzecki przed rozpoczęciem się licytacji kamienicy Łęckich trudno jest umiejscowić.

„Pan Ignacy ucieka z sieni aż na drugą stronę ulicy; na rogu Kapitulnej i Miodowej wpada do cukierni i kryje się w tak ciemnym kącie, w którym nie mogłaby już poznać go nawet pani Krzeszowska.”[9]

Wśród propozycji na umiejscowienie cukierni, jakie padają ze strony badaczy Lalki, znajdziemy restaurację Arkuszewskiego; restaurację Honoratka przy Miodowej 14 w lewej oficynie pałacu Zadzikowskiego, gdzie obecnie mieści się Polski Związek Rzemiosła; wymieniany jest też Skład win i towarów kolonialnych Józefa Purwina przy Miodowej 16, dokładnie naprzeciwko gmachu sądowego oraz sąsiadująca ze składem Purwina kawiarnia o wdzięcznej nazwie „Pół Czarnej”. Jeżeli opis kawiarni „Pół Czarnej”, podany przez M. Sadzewicza w artykule Miodowa – ulica sadów jest zgodny z klimatem tego miejsca to może być to najbardziej trafna ze wszystkich propozycji: „była ciemna i ponura jak sąd, jego sale, korytarze i sprawy (…)”[10] Opis ten pasowałby do wyżej wspomnianego cytatu opisującego Rzeckiego chowającego się do najbardziej ciemnego konta, aby go nikt nie rozpoznał.

Poza lokalami na mieście jadano i pito na proszonych obiadach. Niezapomnianym obiadem na kartach powieści jest pierwsze zaproszenie na obiad Wokulskiego do domu Łęckich. Łęccy mieszkali na najbardziej, jak na owe czasy, prestiżowej ulicy Warszawy, a mianowicie w Alejach Ujazdowskich. Przed wyjściem Wokulski miał dylemat co na siebie włożyć frak czy surdut. W końcu zdecydował się na frak. O wpół do szóstej wsiadł do powozu i pojechał w stronę Alei Ujazdowskich.

„- Państwo pozwolą do stołu?… – wtrąciła panna Florentyna. Przeszli do jadalnego pokoju, gdzie na środku stał okrągły stół nakryty na cztery osoby. Wokulski znalazł się przy nim między panną Izabelą i jej ojcem, naprzeciw panny Florentyny. Już był zupełnie spokojny, tak spokojny, że aż go to przerażało. Opuścił go szał miłości nawet pytał sam siebie: czy ona jest kobietą, którą kochał?… Bo czy podobna kochać się tak jak on i siedząc o krok od przyczyny swego obłędu czuć taką ciszę w duszy, tak niezmierną ciszę?… Myśl miał tak swobodną, że nie tylko dokładnie widział każde drgnienie fizjognomii swoich współbiesiadników, ale jeszcze (co już było zabawne), patrząc na pannę Izabelę, robił sobie następujący rachunek:

„Suknia. Piętnaście łokci surowego jedwabiu po rublu – piętnaście rubli… Koronki z dziesięć rubli, a robota z piętnaście… Razem – czterdzieści rubli suknia, ze sto pięćdziesiąt rubli kolczyki i dziesięć groszy róża…”

Mikołaj zaczął podawać potrawy. Wokulski bez najmniejszego apetytu zjadł kilka łyżek chłodniku, zapił portweinem, potem spróbował polędwicy i zapił ją piwem. Uśmiechnął się, sam nie wiedząc czemu, i w przystępie jakiejś żakowskiej radości postanowił robić błędy przy stole. Na początek skosztowawszy polędwicy położył nóż i widelec na podstawce obok talerza. Panna Florentyna aż drgnęła, a pan Tomasz z wielką werwą począł opowiadać o wieczorze w Tuileriach, podczas którego na żądanie cesarzowej Eugenii tańczył z jakąś marszałkową menueta.

Podano sandacza, którego Wokulski zaatakował nożem i widelcem. Panna Florentyna o mało nie zemdlała, panna Izabela spojrzała na sąsiada z pobłażliwą litością, a pan Tomasz… zaczął także jeść sandacza nożem i widelcem.

„Jacyście wy głupi!” – pomyślał Wokulski czując, że budzi się w nim coś niby pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwała się panna Izabela, zresztą bez cienia złośliwości:

– Musi mnie papa kiedy nauczyć, jak się jada ryby nożem.

Wokulskiemu wydało się to wprost niesmaczne.

„Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu…” – rzekł do siebie.

– Moja droga – odpowiedział pan Tomasz córce – niejadanie ryb nożem to doprawdy przesąd… Wszak mam rację, panie Wokulski?

– Przesąd?… nie powiem – rzekł Wokulski. – Jest to tylko przeniesienie zwyczaju z warunków, gdzie on jest stosowny, do warunków, gdzie nim nie jest.

Pan Tomasz aż poruszył się na krześle.

– Anglicy uważają to prawie za obrazę… – wydeklamowała panna Florentyna.

– Anglicy mają ryby morskie, które można jadać samym widelcem; nasze zaś ryby ościste może jedliby innym sposobem…

– O, Anglicy nigdy nie łamią form – broniła się panna Florentyna.

– Tak – mówił Wokulski – nie łamią form w warunkach zwykłych, ale w niezwykłych stosują się do prawidła: robić, jak wygodniej. Sam zresztą widywałem bardzo dystyngowanych lordów, którzy baraninę z ryżem jedli palcami, a rosół pili prosto z garnka.

Lekcja była ostra. Pan Tomasz jednak przysłuchiwał się jej z zadowoleniem, a panna Izabela prawie z podziwem. Ten kupiec, który jadał baraninę z lordami i wygłaszał tak śmiało teorię posługiwania się nożem przy rybach, urósł w jej wyobraźni. Kto wie, czy teoria nie wydała się jej ważniejszą aniżeli pojedynek z Krzeszowskim.

– Więc pan jest nieprzyjacielem etykiety? – spytała.

– Nie. Nie chcę tylko być jej niewolnikiem.

– Są jednak towarzystwa, w których ona przestrzega się zawsze.

– Tego nie wiem. Ale widziałem najwyższe towarzystwa, w których o niej zapominano w pewnych warunkach.

Pan Tomasz lekko schylił głowę; panna Florentyna zsiniała, panna Izabela patrzyła na Wokulskiego prawie życzliwie. Nawet więcej niż-prawie… Bywały mgnienia, w których marzyło się jej, że Wokulski jest jakimś Harun-al-Raszydem ucharakteryzowanym na kupca. W sercu jej budził się podziw, nawet – sympatia. Z pewnością ten człowiek może być jej powiernikiem; z nim będzie mogła rozmawiać o Rossim.

Po lodach zupełnie zdetonowana panna Florentyna została w jadalni, a reszta towarzystwa przeszła na kawę do gabinetu pana. Właśnie Wokulski skończył swoją filiżankę, kiedy Mikołaj przyniósł panu Tomaszowi na tacy list mówiąc:

– Czeka na odpowiedź, jaśnie panie.

– Ach, od hrabiny… – rzekł pan Tomasz spojrzawszy na adres. -Pozwolicie państwo…

– Jeżeli pan nie ma nic przeciw temu – przerwała panna Izabela uśmiechając się do Wokulskiego – to przejdziemy do salonu, a ojciec tymczasem odpisze…

Wiedziała, że list ten napisał pan Tomasz sam do siebie; koniecznie bowiem potrzebował choć pół godziny przedrzemać się po obiedzie.

– Nie obrazi się pan? – spytał pan Tomasz ściskając Wokulskiego za rękę.

Opuścili z panną Izabelą gabinet i weszli do salonu. Ona z gracją jej tylko właściwą usiadła na fotelu wskazując mu drugi, zaledwie o parę kroków odległy.”[11]

Tak przedstawia się pierwsza wizyta i obiad Wokulskiego w domu Łęckich. Zachowanie wszelkich zasad etykiety było najwyższym nakazem, co szczególnie uwydatnia się w „cichej” konfrontacji Wokulskiego z panna Florentyną, która jest tu przedstawiona jako obrońca wszelkich norm moralnych i towarzyskich. Czy wszystkie proszone obiady wyglądały, na dzisiejsze czasy powiedzielibyśmy, tak sztywno? Zapewne tak, ale dla ludzi tamtej epoki i należących do najwyższych sfer społeczeństwa było to naturalne i świadczyło o dobrym wychowaniu. Sam Wokulski swoją wypowiedzią: „Nie ma rady, jeżeli zdobyłem się na takie błazeństwa jak własny powóz i koń wyścigowy, to już frak – musze włożyć!”, pokazuje nam, że dla niego, jak by nie było, człowieka z niższej warstwy społecznej – kupca, wszelkie przejawy ścisłej etykiety nie miały znaczenia, ale znał je i zachowywał dla zdobycia ukochanej kobiety.

Tych kilka miejsc opisanych na kartach powieści stanowi niejako przewodnik po lokalach ówczesnej Warszawy. Niektóre możemy dzisiaj odwiedzić, o niektórych poczytać w dawnych przewodnikach i prasie, a niektóre możemy zobaczyć na starych fotografiach.


[1] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s. 8.

[2] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s. 11-12.

[3] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s. 8.

[4] Prus B., Lalka t. 2, Wrocław 2005, s. 457.

[5] Od 1830 roku budynek przy Krakowskim Przedmieściu 56 zajmowali dziekani kapituły warszawskiej, od których to pochodzi nazwa budynku. W późniejszych czasach mieścił się tu zajazd z tanimi miejscami noclegowymi. Odbudowany po wojnie w 1948 roku i przeznaczony na Dom Akademicki Uniwersytetu, obecnie jest to dom studentów uczelni artystycznych.

[6] Prus B., Lalka t. 2, Wrocław 2005, s. 458.

[7] Gomulicki W., Sobieszczański J., Przewodnik po Warszawie i okolicy z planem miasta, Lwów 1908, s. 75-76, [w:] P. Waszak, Między Kopernikiem a Zygmuntem, czyli tło warszawskie w Lalce Prusa, Warszawa 2006, s. 81.

[8] Gomulicki W., Sobieszczański J., Przewodnik po Warszawie i okolicy z planem miasta, Lwów 1908, s. 75-76, [w:] P. Waszak, Między Kopernikiem a Zygmuntem, czyli tło warszawskie w Lalce Prusa, Warszawa 2006, s. 81.

[9] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s.399.

[10] Sadzewicza M., Miodowa – ulica sadów, Stolica 1960, nr 13, s. 24, [w:] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s.399, przypis 36.

[11] Prus B., Lalka t. 1, Wrocław 2005, s. 348-351.

Published in: on Lipiec 11, 2012 at 7:06 pm  Comments (1)  

The URI to TrackBack this entry is: https://lalkaprusa.wordpress.com/2012/07/11/gdzie-jadano-i-pito/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. kopalnia informacji na tym Waszym blogu – podziękowania!
    i zapraszam do dyskusji na temat powieści
    http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2012/07/lalka-bolesaw-prus-czyli-czy-znasz.html


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: