„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 3 Józef Kotarbiński

POWIEŚĆ MIESZCZAŃSKA

 (Bolesław Prus: „Lalka”, 3 tomy. Warszawa 1890; nakład Gebethner i Wolffa).

W tyglu społecznym przerabia się nieustannie wewnętrzne życie nasze. Robota to powolne, bo odbywa się przy małym ogniu, więc bez silniejszych fermentów. A jednak proces ten sięga w dziedzinę najgłębszych uczuć lub idei, nurtujących we wnętrzu masy społecznej, dotyka wszystkich niemal warstw narodu.

Odwar klaruje się powoli. Trudno przewidzieć, kiedy się skończy ten proces chemiczny; ale to pewna, że dziś już osadzają się kryształy, będące objawem demokratyzowania się rodzimej rzeszy.

Cząstkę tego przerabiania ukazał nam człowiek wielkiego serca i talentu, Bolesław Prus, w tej niezmiernie ciekawej, bogatej panoramie obyczajowej, której na imię „Lalka”.

Krytyk przystępując do przeglądu tej powieści, powinien dobrze sobie uprzytomnić, do czego się bierze. Staje on przed jednym z najżywotniejszych płodów literatury, która pochlubić się może magnackiemi skarbami. Staje on przed dziełem pisarze, który może się mylić o błądzić, ale posiada organizm niezmiernie wrażliwy, chwytający wiele kształtów i odmian bogatej gry życia.

Prus jest nie tylko obserwatorem bystrym, bardzo oryginalnym, ale zarazem twórcą bezmiernie współczującym ze swem otoczeniem. Maluje i rzeźbi z wielkim zamiłowaniem najprzeróżniejsze sfery i postacie, ale troska się ciągle zagadką społecznego bytu. Powieściopisarz idzie ręka w rękę z socjologiem głębszego pokroju, w którym drga wielkie a ciepłe uczucie demokratyczne.

Wobec takiego dzieła i takiego pisarza, trzeba zapomnieć o akademickich formułkach, o doktrynach sekciarskich jakiegobądź stempla. Trzeba dzieło sztuki rozpatrywać w jego ciągłym związku z życiem i twórcą. Trzeba brać pod uwagę tę nadzwyczajną wrażliwość pisarza, tę bezwzględną szczerość, z jaką oddaje się swym sympatyom, poglądom, ideom, nawet urojeniom i niechęcią. Trzeba zrozumieć bystrość i oryginalność twórcy, którego umysł bogaty i ruchliwy nie zawsze potrafi układać swe pomysły w harmonijną i zaokrągloną syntezę. W Prusie tkwi myśliciel niezwykłej miary i człowiek skłonny do zbaczania z wytkniętej kolei za porywem wyobraźni. Jest on i trzeźwym, i skłonnym do halucynacyi, umysł jego ma w sobie coś z ciemni optycznej, w której odbijają się kolejno sceny i widoki zewnętrzne; serce jest harfą, na której grają uczucia i dążenia zbiorcze.

W „Lalce” od początku do końca czujemy tętna ruchu Warszawy, której Prus jest duchowem dziecięciem wybranem i kochającem. Nigdy jeszcze życie „grodu syreny” nie odbiło się tak wielostronnie w powieści. Widzimy tu salony, sklepy, podwórka, domy, zaułki, bulwary, rajtszule, kościoły, banhofy; widzimy sceny z życia arystokracyi, kupiectwa, młodzieży, licytacye, wyścigi, ranty, sesye handlowe; widzimy całą czeredę postaci warszawskich, począwszy od uczonych, książąt, adwokatów, kupców, lekarzy a skończywszy na … faktorach, pieczeniarzach i dziewkach publicznych.

Dwa jednak motywy społeczne górują po nad pstrą i bogatą czeredą scen powieści: wytwarzanie się mieszczaństwa a zwłaszcza kupiectwa nowszego, oraz stosunek pokolenia „romantyków” do „pozytywistów” i przetwarzanie się ideałów społecznych w ostatnich czasach. Nie znaczy to, że autor chciał w całej pełni wystawić te zjawiska społeczne. Nie należy stawiać jego powieści zbytnich z tego punktu widzenia wymagań, ani też fałszywie uogólnieć jej wyników. On tylko malował życie współczesne, wiązał je z ogniwami niedalekiej przeszłości, jak przystało na obserwatora, który wie, że każde dziś musi być wynikiem dnia wczorajszego i nosi w sobie zarody jutra…

Akcya powieści toczy się przed dziesięciu laty, ale autor przeplata ją pamiętnikiem i wspomnieniami jednego z głównych działaczy, który uosabia ideały i złudzenia ludzi wczorajszych.

W pamiętniku tym znajdujemy wyborny obraz sklepu starego Mincla na Podwalu, który powili dorabiał się majątku, jako przybysz, gdy tymczasem jego bratanku krwią i sercem zrośli się z krajem. Pyszny to, prawdziwie po flamandzku skreślony obrazek tego handlu, który rozkwitał w starych dzielnicach miasta. Wyborny jest stary Mincel, zakuty Niemiec, który z patryarchalną prostotą sprawował rządy sklepu z pomocą dyscypliny, spadającej na plecy krnąbrnych chłopów prowadził interes prosto i praktycznie, sam wykładał chłopcom w niedzielę towaroznastwo w najpocieszniejszy sposób. Zabawną jest jego matka, tak zwana „Grossmutter”,gospodarna staruszka, dla któej przyrządzanie kawy i obiadu było alfą i omegą życia, tak, że nie pojmowała, aby ktoś mając dobre jedzenie w domu, mógł raszać w świat i nadstawiać karku dla jakichś ideałów i urojeń.

Pełno tu rysów skradzionych naturze, pełno błysków pogodnego humoru. W Prusie odzywa się często ta humorystyczna żyłka. Lubi on nie tylko satyrę, ale koncept pocieszny, z upodobaniem chwyta zabawne strony życia, czasami nawet potrąca o trywialną szarżę. Zostało się w nim trochę rozbrykanej, studenckiej wesołości, która nie przebiera w środka dla wywołanie uciechy. Powieść jego chwilami też wpada w ton humoreski, jak np. w owych kłótniach i przekomarzaniach się siostrzeńców starego Mincla, którzy się darli o przekonania polityczne. Jeden z nich nie mógł znieść, gdy go „Niemcem” nazywano, wmawiał w siebie, że pochodzi od polskiej rodziny Miętusów.

Żywo tu pochwycił autor fakt wsiąkania krwi i ducha takich Minclów w organizm społeczny, do którego wnoszą zdrowe pierwiastki: zamiłowanie pracy, ładu i oszczędności. W obyczajowem życiu fakta te łączą się z ogniwami tradycyi wielu rodzin. Niejedno ziarno pokrewne Minclom padło na dobrą glebę i wydało drzewa o licznych konarach, krzepko wrastające korzeniami w grunt swojski.

Z całą sympatyą kreśli autor dzieje niemieckiej rodziny i jej sklepu, który staje się po dwudziestu kilku latach polską firmą. Z Podwala sklep Minclowski przenosi się na Krakowskie Przedmieście, i staje się wielkim składem galanteryjnym, i tytułem spadku przechodzi na własność Wokulskiego, głównego bohatera powieści. Nie jest to dawny handel napół kramarski, w sklepionej a ciemnej izbie, w której gromadziły się towary różnych gałęzi. To już sklep elegancki w nowym stylu, z wystawą kokietującą przechodniów, z doborową klientelą. Sklep ten w powieści żyje, ale z jednej głównie strony. Autor wystawia go, jako wielką izbę pełną przedmiotów martwych, umiejętnie uporządkowanych, e której pracują i siedzą subiekci, każdy z odrębną fizyognomią i przyzwyczajeniem, z właściwą sobie metodą traktowania kupujących. Widać ruch od strony ulicy, stosunki z publicznością. Autor ukazuje głównie ludzki, zostawia w półcieniu stosunki handlowe. A jednak Prus, jako przyrodnik i socyolog, wie o tem doskonale, że sklep każdy jest tylko formą, przez którą przepływa materya, jest organizmem handlowym, który przyjmuje wartości ekonomiczne i oddaje takowe konsumentom, w tym celu, aby wzbogacić się przyrostem zysków pieniężnych. Prus pomija ten ruch handlowy, który tak świetnie opisał Zola w swej powieści „Au bonheur des dames”, nie zajmują go różne formy stosunków, obrotów, dostaw, tranzakcyi, które składają się na całość odrębnego „interesu”. Prawda, że powieściopisarz nie może dzieła sztuki zamieniać na księgę kupiecką lub buchalteryjną, ani też przełodowywać mnóztwem fachowych szczególików. Ale w powieści można przedstawić wewnętrzną logikę handlu, wydobyć na wierzch robotę kupiecką na tle stosunków ekonomicznych i obyczajowych. Zola z zamiłowaniem śledzi olbrzymi ruch martwych przedmiotów, wytworzony przez potęgę inteligencyi i kapitałów. Prus zamiast tego zagląda pilnie w głębie duszy kupców, jako ludzi.

Nie robię mu z tego zarzutu, tembardziej, że na tle warszawskich stosunków, nie widnieje tak wybitnie żywotna siła handlu, która np. w Paryżu ukazuje się przez wszystkie pory miejskiego życia.

Jest to cechą organizacyi twórczej autora „Placówki”, że przedewszystki widzi indywidualizmy ludzkie, jednostki odrębne, których nie roztapia w jakimś ogólnym fanatyzmie praw przyrody czy rozwoju społecznego, chociaż łączy ich czyny z głębszą prawdziwością życia. Nie ma może u niego duszy sklepu, ale jest dusza człowiek, rządzącego sklepem. Stary subiekt Ignacy Rzecki – to jest postać ukochana, wypieszczona przez autora, prawdziwa i sympatyczna w każdym calu. W czterech ścianach sklepu i swego pokoiku człowiek ten zasklepia się, jak ślimak, zestarzał się w samotności i starokawalerstwie. Praca zmudna i jednostajna szła u niego swoją drogą, a swoją drogą umysł nawijał na szpulkę własne rojenia.

Rzecki należy do tych sympatycznych oryginałów, którzy pod dziwaczną powierzchownością mają duszę piękną i szlachetną. Skostniał on w jednostajności nałogów kawalerski, zatopiony we wspomnieniach żwawej i ruchliwej młodości, żył cały dla przyjaciela, który należał do innego już pokolenia. Chociaż nie jest samodzielnym charakterem i działa w powieści mało, jest może najsympatyczniejszą jej postacią, roztacza koło siebie ciepło i pogodę… On jest autorem pamiętnika, który nawiązuje tradycyjne nici, a potem wypełnia przedmiotowe malowidło powieści, przedstawiając jej fakta w swojem oświetleniu. Artystycznie biorąc, pamiętnik ten jest wstawką, łatą na zewnętrznej szacie utworu, ale sam w sobie ma nieocenione zalety, ma się rozumieć, że Prus udziela swego talentu subiektowi, który w praktyce u starego Mincla nie mógł nabyć mistrzowstwa w ustępach opisowych pamiętników kreślonych przepysznie. Są to sceny ponure swą grozą, a jednak odczute wybornie, przedstawione bez cienie przesady. Autor doskonale oddał stan jednostki biorącej udział w dramatach, gdzie człowiek staje się tylko cząstką wielkiego działania sił i czynników, wobec których maleje jego osobista energia. Ma się rozumieć, że w rzeczywistości Rzecki nie mógłby się zdobyć na taką plastykę opisów, ani na wiele głębokich myśli swego pamiętnika, lecz Prus pamięta o tem, aby jego słowom nadać konsekwencyą poglądów i pragnień. Stary subiekt pełen jest gorącej wiary w odrodzenie świata przez Napoleonidów. W wielu faktach dopatruje się bardzo głębokich i nadzwyczajnych intencyj, ważnych zamiarów, przygotowań, o których znaczeniu rzuca tajemnicze domysły. Niezrozumiałe czyny i postanowienia swego kochanego druha i pryncypała tłumaczy Rzecki w sposób nieraz bardzo zabawny ze stanowiska swych urojeń… jest on typowym przedstawicielem bardzo u nas pospolitego gatunku umysłów, które karmiły się przeżuwaniem złudzeń. Zamiast zrozumieć twardą i okrutną nieraz logikę rzeczywistości, naciągają one wszystko do swoich sympatyj lub mamideł; widzą zapowiedz pomyślną w faktach, które zadają właśnie kłam ich nadziejom. Streścił w nim autor praktyczną bezpłodność romantyków, którzy uganiając się za marami, nie mogli zrozumieć ani pojąć realnych zdań swego czasu. Skarby duchowe tych ludzi, ich szlachetne uczucia nie przepadają bez śladu, bo w świecie ducha nie ginie moc wewnętrzna, poczęta z pieśni nieśmiertelnych lub marzeń podniosłych. Ale oni sami przemijają jak ulewy liści kwiatowych, które padną na fale mętnej rzeki i toną w jej spienionych nurtach.

Z inne zupełnie gliny ulepiony jest Wokulski, zahartowany w twardej szkole pracy plebejusz. On stanowi przejście od dawnego pokolenia „romantyków” do tak zwanych „pozytywistów”, którzy zwrócili się do utylitarnych zagadnień, opierając siłę swą i energię społeczeństwa na pomnażaniu dobrobytu. I on składa ofiary wielkie a bezpłodne na ołtarzu ideałów, i on był skłonny do porywów i złudzeń wyobraźni, przejął od romantyków trochę tęczowego na świat poglądu. W praktyce jednak stał się bohaterem handlu i spekulacyi.

W młodszych latach był chłopcem w sklepie korzennym, rwał się do nauki, którą zdobywał wielkim wysiłkiem. Ukochał namiętnie wiedzę przyrodniczą, marzył o wielkiej jej zdobyczach, ale rychło przekonał się o tej bolesnej prawdzie, że u nas nauka bywa czasem podobną do skalistej góry, która wznosi w niebo swe dumne czoło, wabi wędrowca ku tajemniczym wyżynom, ale nie wydaje źdźbła trawki dla pożywienia. Pożegnał naukowe marzenia, wziął się do handlu i młodość zmarnował w małżeństwie „praktycznem”, ożeniwszy się z wdową po bogatym kupcu. Zostawszy jej spadkobiercą, energiczny, rzutki ten człowiek postanowił od razu zrobić wielką fortunę. Rzucił się z trzydziestu tysiącami rubli do Bułgaryi, obracał szczęśliwie podczas wojny, miał milionowego wspólnika, stawiał majątek na kratę, i wrócił do kraju, jako pan krociowy. Nie był jednak Wokulski zwykłym rycerzem „geszeftu”, nie dbał o pieniądze dla pieniędzy.

Krocie miały stać się orężem dla zdobycia… zaczarowanej królewny, salonowej księżniczki, jednej z rusałek wielkiego świata, wyrosłej w cieplarnianej atmosferze rodowej arystokracyi. Parweniusz, dorobkiewicz, całą potęgą namiętności i uczucia, całym szałem męzkiej natury, całą mocą długo krępowanych instynktów miłosnych, zapłonął do jednej z tych istot, które mogą tylko wydawać złudne, fosforyczne połyski uczucia. Urocza panna Izabela Łęcka, córka dobrze podrujnowanego karmazyna, stała się ołtarzem, na którym Wokulski składał wszystkie swe zamiary, trudy, nadzieje, pragnienia. Myśl o tej kobiecie zalała mu całą duszę, ujarzmiła jego wyobraźnię, zapanowała nad wolą, zajęła wszystkie zakątki mózgu. Dla panny Izabeli ten dzielny, krzepki, żylasty plebejusz wdzierał się w nie swoję sferę, urządzał owocye dla aktorów, bawił się w wyścigi, wyzywał na pojedynek, kupował domy z podszarganą hypoteką. Kochał wiernie, jak pies, poświęcał się bez granic, przełamał w końcu przegrodę kastowych przesądów, która dzieliła kuzynkę hrabiów od … byłego kupczyka. Zdawało mu się, że los daje już mu do ust czarę wymarzonego szczęścia, aliści na dnie dojrzałe gorycz i wstrętne męty. Panna Izabela, zostawszy z wyrachowania narzeczoną Wokulskiego, bawiła się pod jego bokiem w pół-platoniczny romansik z kuzynkiem, którego specyalnością było bałamucić „przyszłe mężatki”. Szarpany rozpaczą po takiem odkryciu, Wokulski rzucił pannę Izabelę i chciał skończyć pod kołami pociągu. Uratowany popadł w apatyą, nie czuł racyi swego bytu, porzucił interesa kupieckie, rozdarował majątek i w końcu za pomocą dynamitu zagrzebał się pod gruzami wysadzanego w powietrze zamczyska, w którym niedawno z bohdanką upajał się złudzeniem szczęścia.

Ta sprawa miłosna jest główną osią powieści, która podobnie jak romanse starego pokroju, ma bohatera walczącego o swoją chimerę. Jest to jednak walka całkiem współczesna. Zamiast kopij i szyszaków, rycerz ma broń ukutą z kapitału, i atakuje śmiało przesądy, które wprawdzie nie są don-kichotowskiemi wiatrakami, ale stawiają słaby opór przewadze mamony.

Dzieje tej miłości są zarazem obrazem marnowania się natury dzielnej i niepospolitej, którą łachmani i drze na strzępy ślepa namiętność. Niema tu ani nadzwyczajnych kolizyj, ani sztucznych katastrof. Niszcząca praca idzie powoli, plącze się z tysiącem innych spraw, dążeń i wypadków. Prus dowiódł, że dla wielkiego talentu niema przedmiotów zużytych, oklepanych. Wystawił tę treść miłosną w sposób świeży a głęboki, poruszył wiele głębszych zagadnień etycznych i psychologicznych, okazał się mistrzem w zgłębianiu męki i szamotań duszy cierpiącej i oszalałej. Cała przepaść dzieli go od tych sztucznych frazeologów i efekciarzy, którzy chcą działać na czytelnika „kwiląca serca dysekcyą”, nagromadzeniem sztucznych zawikłań. Przed ołtarzem bożka erosu stanął Prus nie po to, aby go w upojeniu podziwiać i sypać w twarz tego dwulicowego bożyszcza, uchwycił jego stronę złowrogą i nizką zarazem, starał się rozwiać mgłę otaczających go przesądów.

Siłą analizy i obserwacyi zaprotestował przeciwko „przebóztwieniu” miłości, jakiem grzeszył ulotnie romantyzm, którego poglądy nie zupełnie jeszcze w tej mierze zbankrutowały. Wbrew deklamacyom, że „miłość wszystko zwycięża”, Prus ukazał w praktyce jej działanie anormalne, paczące prawo naturalnego doboru. Nie możne ona połączyć głębszemi węzłami dwojga istot, których dusze są produktem dwu odrębnych moralnych światów. Ten niby święty ogień, podnoszący ku idealnym wyżynom duszy ludzkiej, ukazuje się tutaj jako rodzaj monomanii, jako choroba umysłowa i fizyczna, przez którą przechodzi prawie każda bogatsza męzka natura. Z tej strony nikt głębiej i prawdziwej nie wystawił w literaturze naszej tego uczucia, tej siły psych-fizycznej, niesłychanie rozmaitej w swym charakterze, działaniu i skutkach. Nikt nie zanalizował lepiej pewnych stanów tej namiętności, o której dotąd zbyt wiele deklamowano, prawiono paradoksów, zamiast śmiało przeniknąć jej głębie wzrokiem badacza.

 

Józef Kotarbiński

 

(Dokończenie nastąpi)

Published in: on Listopad 25, 2013 at 6:46 pm  Comments (1)  

The URI to TrackBack this entry is: https://lalkaprusa.wordpress.com/2013/11/25/lalka-boleslawa-prusa-w-recenzjach-cz-3-jozef-kotarbinski/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. […] Józef Kotarbiński, „Tygodnik Ilustrowany” 8-15.03.1890 r., cz. 1 […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: