„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 4 Józef Kotarbiński

POWIEŚĆ MIESZCZAŃSKA

 (Bolesław Prus: „Lalka”, 3 tomy. Warszawa, 1890; nakład Gebethnera i Wolffa).

 (Dokończenie).

 

Psychologia namiętności, złudzeń, porywów, opadań wewnętrznych, wywołanych przez nie bolów ostrych i przewlekłych, różnych stanów podnieceń i apatyi – przeprowadzona w powieści Prusa z wyjątkiem w literaturze naszej mistrzostwem. W charakterze Wokulskiego pochwycił on zasadniczą dwoistość: kontrast szału i refleksyi, namiętności i krytycyzmu. Natura trzeźwa walczy w nim skłonnością do halucynacji, widzeń wewnętrznych, piotrosze jak i w jego duchowym rodzicu. Zrozumiał autor tę głęboką tajemnicę serc męskich, które czasami, zdając sobie sprawę z marności swych zapałów, tłumiąc je nawet mocą reflekcyi, po chwili uginają głowę pod złote jarzmo. Jest bolesną katuszą ta walka rozumu z siłą instynktowną, która ujarzmia wole, której nie może pokonać od razu nawet pogarda dla ukochanego przedmiotu. Wokulskiego opanowała wszechwładnie miłości nieszczęśliwa, ponieważ miał naturę skupioną, wrażliwą, wyobraźnię skłonną do ciągłego przerabiania skojarzeń myślowych. Była ta pierwsza miłość człowieka dojrzałego, który się uczepił jej tak chciwej, jak spragniony podróżnik chwyta zębami kubek z wodą po długiej tułaczce wśród skwaru na pustyni.

Cały rozwój namiętności w duszy Wokulskiego składa się ze stanów gorączki trwałej ekstazy miłosnej, przerywanej momentami astyi i cierpienia gdy krytycyzm rozwiewał chwilowo czar i ułudę. Należy Wokulski do marzycieli, którzy kobietę uważają za „ołtarz” swych najpiękniejszych uczuć – tymczasem widzi, że inni czasem „biorą ołtarz za krzesło, a ołtarz wcale się o to nie gniewa”. Znana to rzecz w dziejach obłędów i złudzeń miłości. Bywa i tak nawet, że to, co bierzemy za ołtarz, okazuje się potem… śmietnikiem pełnym zgnilizny moralnej. Zdarza się jednak, że znajdujemy w kobiecie „jedyną niemylność życia”, pokrzepienie i siłę współczynną, chociaż nie okalamy jej anielskiemi girlandami marzenia, ale kochamy ją pogodnie, po grecku.

Złudzenia takie bywają w wielu charakterach fazą przejściową. W wyjątkowej naturze Wokulskiego stały się one fatalną kartą, na którą postawił całe życie i przegrał. Widzimy prawie ciągłe wewnętrzną robotę jego duszy, albowiem Prus używa metody kreślenia charakteru, którą tajnie porównał do… fabrykowania zegarów ze szklanemi bokami, ukazującemi wewnętrznego mechanizmu.

Do najbardziej mistrzowski ustępów powieści należą chwilowe samotności bohatera w różnych jego stanach, te godziny smętku, boleści, melancholii lub apatyi. Umysły jego potrącony silnemi wrażeniami, odbywa wtedy wewnętrzną robotę na mocy prawa bezwładności, które panuje także w sferze zjawisk psychicznych. Żaden wysiłek woli i refleksyi i nie może powstrzymać ruchu świadomości, wywołanego przez silne pobudki zewnętrzne; nie może wyrwać z duszy tego męczącego niepokoju, ani uwolnić jej od razu z pod przemocy naczelnej namiętności. Prus doskonale maluje różne stany pozornego uspokojenia, w których ta złowroga siła drzemie, aby się potem znowu obudzić i szarpać spokój wewnętrzny. Senność wtedy wydaje się szczęśliwością; w takiej fazie Wokulski „marzy, śpi, o niczem nie myśli, o nikim nie pamięta, i tak przespałby wieki, gdyby ach! nie ta kropla żalu, która leży w nim, czy obok niego, tak mała, że nie dojrzy ludzkie oko, a tak gorzka, że mogłaby cały świat zatruć”. Cudownie rozumie autor to piołunowe poczucie bolów cichych a nurtujących. A z jaką wstrząsającą prawdą kreśli chwilę przełomu, gdy ze szczytu marzeń o szczęści strąca Wokulskiego – cyniczna miłostka jego bogdanki z kuzynkiem! Od szyderczego rozstania się, od śmiechu, z jakim pożegnał pannę Izabelę – aż do tej chili, gdy oszalały z bolu rzucił się pod koła lokomotywy – cała skala myśli, boleści, refleksy, szamotań wewnętrznych skreślona z prawdą potężną, wstrząsającą! To są jedne z najpiękniejszych kart powieści naszej; kto raz je przeczytał, nie zapomni do śmierci. Możnaby je porównać ze słynną „burzą pod czaszką” w „Nędzarzach” Wiktora Hugo’na, ale pod względem żywego pochwycenia prawdy wewnętrznej, porównanie wypada na korzyść naszego pisarza.

Równie znakomicie maluje Prusa stan apatyi i rozstroju bohatera po tym wypadku, przewlekłą chorobę woli w organizmie moralnym, którego każdy atom uległ wstrząśnieniu. Nie zupełnie się godzę tylko na końcową katastrofę. Po długiej walce obudziły się w Wokulskim instynkta moralnego zdrowia, zakipiała krew i namiętność – męzka natura ozwała się w pragnieniu rozkoszy i upojeń z wdzięków niewieścich. Podług mnie, po takiej fazie Wokulski powinien być uleczony. Jego refleksya mogłaby wpłynąć na wolę, która oparłszy się na pierwszych momentach powracającej trzeźwości, pokierowałaby pracą moralnego samouzdrowienia. Refleksya w takich razach bywa czynnikiem potężnym, zwłaszcza u natur wyżej zorganizowanych umysłowo, do jakich należał Wokulski

Ale Prus widział w swym bohaterze zupełny rozstrój woli, wynikający z utraconej racyi życia, i tę fazę ozdrowienia traktował, jako przejściową. Odnowiły się potem dawne bole, szały i męki, na które jednym lekarstwem stał się… unicestwienie.

W półcieniu zostawił Prusa te momenta ostatnich wzburzeń i obraz całej katastrofy, która jest melodramatyczną i symboliczną zarazem. Z Wokulskim, który się grzebie w ruinach zamku, woli się w gruzy cała romantyczna tradycya, podobna do niecierpliwej wiary w cuda, mające obudzić śpiącą królewnę, o której krążyły legendy w okolicach dawnego siedliska feudałów.

W każdym razie erotyczna strona postaci Wokulskiego oparta jest na znakomicie wyzyskanej obeserwacyi wewnętrznej, cały jego charakter nie robi jednak wrażenia figury z jednego odlewu. Prus nagromadził tu mnóztwo rysów pojedynczych, starał się usilnie naturę bohatera przedstawić ze wszystkich stron, ukazać jej rozwój od lat młodzieńczych. Nie urodziła mu się ona w duszy od razu; nie jest to żywcem wydarta prawdzie postać, jakich całe czeredy zaludniają jego utwór. Szczegóły pełne prawdy, analiza pewnych stron charakteru nieporównana. Rozglądając się koło siebie, widzimy jednak w różnych ludziach części Wokulskiego, ale nie znajdujemy ogólnego zarysu podobnej postaci. Nie jest jednak bohater powieści workiem wypchanym słoma frazesów, tylko rysunkiem, który nie zupełnie skupia zawartą w jego konturach wielkości cech pojedynczych.

Nie widać także realnej podstawy w jego finansowej i ekonomicznej działalności. Prus każe nam wierzyć na słowo, że robi Wokulski wielkie pieniądze, zakłada spółki wybornie procentujące – ale to wszystko dzieje się trochę… w powietrzu. Nie znać tu znowu logiki w robocie pieniędzy, w organizacji przedsiębierstwa – nie czujemy w charakterze Wokulskiego tych sprężyn intelektualnych, które go czynią szczęśliwym pogromcą i ulubieńcem mamony. Owszem, nieraz mamy prawo się dziwić, że ten dorobkowicz szasta tysiącami rubli, jakby miał na zawołanie bajeczną kieskę złotonoskę. A jednak zrobienie majątku, wywalczenie sobie finansowej potęgi, są to wśród dzisiejszej walki o byt sprawy kapitalne, które należało uchwycić w ich wewnętrznej logice i żywotnym ruchu. Siłę praktyczną Wokulskiego stanowi jego nadzwyczajne zdolności ekonomiczne i handlowe, jako jeden z przymiotów jego przebogatej i nadto złożonej natury. Tymczasem cała ta praca wygląda na niezbyt dobrze obmyśloną improwizacją. Wokulski tak samo fantastycznie zdobywa majątek i dokonywa wielkich operacyj, jak wielu jego dawniejszych poprzedników w naszych powieściach. Pomimo nadzwyczajnej siły duchowej, człowiek ten marnieje, ponieważ ślepy instynkt serca popchnął go ku kobiecie innego świata. Stoi przed nim otworem droga żywotnych działań dla społeczeństwa, mógłby dać pracę setkom ludzi, powiększyć bogactwo krajowe; on tymczasem całą energię wysila na zdobycie ręki arystokratycznej panny, z którą nie mógł mieć moralnie nic wspólnego, bo dzieliły ich całe przepaście tradycyj, nałogów, konwenansów i przesądów.

W chwili zawodu i rozczarowania Wokulski nie widzi swego zbawienia w praktycznej robocie społecznej, ale marzy o pracy dla naukowych utopij. W powieściach Prusa często pojawia się fantastyczne marzycielstwo, albo nawet maniactwo na tle naukowem. Ma go trochę Wokulski, który roił o „perpetuum mobile”: zamłodu, ma go Ochocki, jedna z najbardziej sympatycznych postaci w „Lalce”, człowiek inteligentny, żywy, ruchliwy, pełen projektów, wynalazca, który potrafi się umizgać do płci nadobnej, ale nie zapomina nigdy o ideałach wiedzy. Głównym reprezentantem tej wzniosłej manii jest stary przyrodnik Geist, którego Wokulski poznał podczas pobytu w Paryżu, gdzie w wirze wielkiego miasta, w podziwianiu olbrzymiego ruchu cywilizacji chciał stłumić nieszczęsną namiętność po pierwszych niepowodzeniach. Ten Geist jest postacią symboliczną, a mimo to nakreśloną z wielką, łudzącą plastyką. Reprezentuje on w nauce idealizm wyższego rzędu, w przeciwieństwie do pospolitego racyonalizmu i rutyny naukowej. Pracuje dla wzniosłych urojeń, chce wynaleźć metal lżejszy od powietrza, aby oddać go na użytek jednostek, które będą chciały walczyć przeciwko ujemnym i złowrogim potęgom ludzkości. Dąży tedy do zmiany międzycząsteczkowego układu ciał, robi na tej drodze znakomite odkrycia. Oficjalny świat naukowy zachowuje się z chłodną obojętnością wobec tego marzyciela, nazywając go waryatem. Jest to satyra na konserwatyzm naukowy, oparta na oryginalnej fantazyi przyrodniczej. Zmiana ciężaru gatunkowego ciał za pomocą przetworzenia ich układu międzycząsteczkowego, nie leży w okresie dzisiejszych zdobyczy, ale nie wykracza podobno po za granice możliwości. Przecież nowsze odkrycia naukowe przed stu laty należały do pomysłów bajecznych. Beletryście wolno jest fantazjować, byle czynił to zgodnie z duchem nowożytnej nauki i nie plótł bajd poczwarych. Podziwiać należy talent, z jakim Prus odział te pomysły w kształty wyraźne, a symboliczną postać Geista oblokł w żywą krew i ciało.

Do idei i pomysłów Geista zwraca się umysł Wokulskiego w chwilach rozczarowania. Pomiędzy pracą dla nauki a panną Izabelą zawiera się wybór dróg jego żywota. Omija ścieżki najbliższe, najpraktyczniejsze, ale marzeń miłości lub utopij naukowych. Gdyby miał tyle siły, aby się oderwać od swego bożyszcza, możeby z Geistem ślęczał w laboratorium nad wielkiemi odkryciami, pracowałby dla ludzkości, zapominając o własnem społeczeństwie. Ten idealizm, to uganianie się za marami, w losach Wokulskiego gra rolę złego ducha, którego wedle słów Mefistofelesa Gothe’go, „w błędnem kole prowadzi bydlę po wyschłym rozdole, a tam się okół świeża trawka ściele”. Życiowym błędem bohatera jest brak praktycznego programu u konsekwencji działania. Robi wprawdzie ludziom wiele dobrego, daje pracę biedakom, pomaga skrzywdzonym, ratuje od ruiny rodzinę swej bogdanki, podnosi dziewczynę upadłą – ale to wszystko czyni przygodnie, za popędem szlachetnej natury, w końcu zaś marnuje całe dzieło żywota.

Przyczyną bezpośrednią jego zguby jest kobieta. Nie wiem, czy do panny Izabeli stosuje się tytuł powieści, ale to pewna, że na epitet „lalki” nie zasługuje ta salonowa rusałka, żyjąca myślą w egzotycznej atmosferze. W gruncie nie jest ona złą, ma nawet szlachetne instynkta, ale otoczenie zrobiło z niej istotę niezdolną do głębszych uczuć, rozmiękczoną w życiu próżniaczem i pospolicie samolubną. Roztacza ona pewny rodzaj upajającego wdzięku, który działa narkotycznie na męzkie głowy. Mają to czasem kobiety, które możnaby porównać do czeskiego szkła w pysznej oprawie. Widzisz postać anielską, w oczach całe niebo, w uśmiechu urok poetyczny, nieokreśloną zadumę na obliczu. Pod tą świetną zasłoną wdzięków, kryje się jednak nie tajemniczy posąg bogini, ale bardzo pospolita figurka gipsowa. Panna Izabella nie umiała czuć i kochać naprawdę – znała słodkie omdlenia wyobraźni, upajała się, niby haszyszem, marzeniami o różnych wielbicielach, lubiła kokietować wszystkich, miała swe małe kaprysiki i fantazyjki, nie była w stanie przywiązać się do silnej i głębokiej duszy Wokulskiego. Jest to postać kreślona doskonale, z wielką subtelnością szczegółów, z bardzo dobrem odczuciem logiki tych natur mdłych, połowicznych, które przy pozorach anielskości, nie potrafią być nigdy kobietami. Nie tylko panna Izabella, ale cała galerya figur niewieścich jest w powieści doskonała, świadczy o bystrości spostrzegawczej Prusa i chlubę przynosi jego artyzmowi. Pomijam charakterystykę jednostek, niezmiernie bogatą i pełną rozmaitości – zaznaczając, że całość świata niewieściego wyszła ujemnie. W poglądach swych na kobiety Prus ostatniemi czasy skłania się widocznie ku pesymizmowi, który nawiasem mówiąc, jest cechą wszystkich umysłów głębszych i silniejszych. Jego kobiety nie są do gruntu złe, mają niektóre sympatyczne przymioty, ale wartości ich bardzo średnia, a wpływ na los mężczyzn przeważnie ujemna. Autor zdaje się mówić na różnych kartach powieści; „Znam was, moje aniołeczki, bywacie miłe, rozkoszne, pożyteczne, nawet w błędach i słabościach waszych, ale w ogólności życia dla was marnować nie warto”. W całej czeredzie kobiet znajdujemy jednę głębszą postać starej matrony, która roztacza sokoła siebie szczęście – inne są to kokietki, istoty pospolite, pomimo zewnętrznego wdzięku, lub poziomo złośliwe. Przez usta swych ludzi rozumnych Prus dużo cierpkich refleksyj głosi o kobiecie, chcąc widocznie oddziałać przeciw romantycznym ułudom. Pod tym względem jest on trochę jednostronny, a jak twierdzą niektóre panie, chytry, zdradliwy, albowiem na to tylko zbliżył się do „lubych aniołów”, aby pochwytać różne tajemne ich właściwości, a potem szpetnie oszkalować przed światem. Gorycz ta owocem doświadczenia, które nie przynosi wesołych wyników odnośnie do natury człowieczego gatunku, a zwłaszcza jego żeńskiej odmiany.

W losach bohatera powieści Prus przedstawił to wielkie bankructwo złudzeń idealnych, które Krasiński symbolizuje tak pięknie w „Niebozkiej komedyi”, gdy w oczach hr. Henryka z widma jego dziewicy opadają blaski, róże i tęcze, aby ukazać kościotrupową zmorę. Jeżeli jednak Prus chciał wykazać, że zgubą mężczyzny bywa złowrogo kuszący urok kobiety, to fakta jego powieści nie popierają takiego założenia. Wokulski zmarnował się, ponieważ jak gwiazdki z nieba zapragnął kobiety, będącej produktem odmiennej sfery, która skrzywiła i wydelikaciła jej przyrodzone instynkty. Gdyby trafił na kobietę swego świata, nawet tak średnich zalet, jak była panna Izabella, mógłby być względnie szczęśliwym, boby łatwiej znalazł punkta moralnej z nią styczności. Panna Izabella także zbankrutowała na jego konkurach, bo przekonawszy się późno, że były kupczyk godzien był prawdziwego uczucia, wstąpiła… do klasztoru. Jest ona przedstawicielką czczości i wpływów swojej sfery, którą Prus w powieści namalował barwami społecznej niemocy. Trzymają się wprawdzie jaśnie wielmożni majątkiem, galwanizują się resztkami rodowej dumy, ale nie mogą zdobyć się na energią, na szerszą robotę, nie wydają z pomiędzy siebie ludzi energicznych i zdolnych. Nie powiem jednak, aby Prus mocny był, jako malarz rodzajowy arystokratycznego świata. Zamało miał danych z obserwacyi, a intuicya mu nie zawrze dopisała. I tu jednak wyborne są figury pojedyncze, jak naprzykład ojciec Izabelli, podrujnowany karmazyn, pełen naiwnych złudzeń, z których go nie wyleczyły bolesne nauki losu, albo sentencyonalny książę, który umie tylko wzdychać, prawić żałośliwe frazesa, mówić o miłości dla społeczeństwa, ale jest niedołężny w robocie publicznej, albo nareszcie podrujnowany baron, żyjący na fartuszku żony, bogatej prostaczki. Inne jednak postacie tej sfery rysowane są pobieżnie, zewnętrznie, polegają na uchwyceniu pewnych cech zewnętrznych. Sceny zborowe, opisy zgromadzeń towarzyskich nie mają właściwe tonu, nie przemawiają trafnością rysów szczegółowych, których Prus ma  wszędzie takie mnóztwo na zawołanie. Kreśląc w niezbyt różowych barwach sfery rodowe, Prus nie czyni tego specjalnie pod wpływem nienawiści stanowej, bo zresztą innym warstwom nie prawił komplementów. Przedstawiciele kupiectwa, z wyjątkiem Wokulskiego, nie grzeszą zdolnościami ani energią; stary Rzecki pod koniec życia wyrzuca sobie, że marzył o wielkich sprawach i Napoleonidach, a nie pomyślał o założeniu sklepu na własną rękę. Robota handlowa Wokulskiego szybko rozpada się w gruzy, ponieważ była zaimprowizowaną, a jego miejsce zajmuje… Szlangbaum, Żyf, który obejmuje także kierunek założonej spółki handlu z Rosyą i zaraz obcina procenta wspólnikom, wprowadza system geszefciarski najniższego gatunku. Na Szlangbaumie wykazał Prus wpływy rosnącego ostatniemi czasy anti-semickiego ruchu, który odbił się w umyśle autora i w końcu powieści. Syn bogatego lichwiarza, z początku cichy subiekt w sklepie, Szlangbaum pod wpływem rosnącej ku Żydom niechęci, przechyla się ku separatyzmowi. W miarę, gdy wzrasta jego znaczenie handlowe, nabiera coraz większej buty i arogancyi. Postać to wyborna, typowy przedstawiciel całej grupy tych semitów, na których oddziałały fatalnie szczucia i podszepty nienawiści plemiennej. Innym reprezentantem żydostwa jest doktor Szuman, nawskroś racyonalista, poddający nielitościwej ciętej analizie czyny jednostek i szersze zjawiska społeczne.

Człowiek ten nie działa, ale służy Prusowi do wydobycia rembrandtowskich kontrastów. Obdarzony wysoką inteligencyą rasy, wznosi się pod nad jej typ przeciętny bezinteresownem zamiłowaniem nauki. Podszyty trochę kosmopolityzmem, szydzi z niepraktyczności polskiej, z całego „naszego systemu”, któremu brak realnego gruntu pod nogami, i przeciwstawia mu „system żydowski”, to jest bezwzględnie utylitarny, dążący do praktycznych korzyści, czuje on w głębi duszy pogardę dla swej rasy, a jednakże wiążą gą z nią tajemne nici, nie wyłączające sympatyi dla ogółu. On i Szlangbaum reprezentują dwie różne grupy żydowskiego świata – niema jednak w powieści reprezentanta innej grupy: typu Żyda inteligentnego, będącego dodatnim produktem kultury z ostatniej doby naszego rozwoju. Na ludzi tego gatunku prądy autisemickie oddziałały psychologicznie, ale nie społecznie, bez osłabienia ich najszlachetniejszych uczuć. Z tym typem powinni się liczyć publicyści i powieściopisarze nasi, jeżeli chcą uwzględnić wszystkie skręty gordyjskiego węzła, który się zwie kwestyą żydowską i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie rozplątany.

Rezultatem społecznym „Lalki” jest obok rozpanoszenia się Szlangbaumów et consortes, upadek ludzi działających bez dalej wytkniętych celów, bez trzeźwego zrozumienia potrzeb i obowiązków społecznych. Koniec powieści przedstawia się ponuro. Widać w nim skutek rozstroju społeczeństwa, które nie może znaleźć wytycznych dróg rozwoju. Wymierają dawni romantycy, a nowi pozytywiści nie znajdują gruntu pod nogami. Po pierwszych jednak zostaje siła ducha, którą Prus symbolicznie w końcu zaznaczył; zostaje cząstka moralna, która jest zadatkiem nieśmiertelności. Nowi jednak działacze muszą iść Innemi drogami, muszą żywotność oprzeć na podstawach realnych, dążyć do wytworzenia energii, swojskich sił na polu ekonomicznem, aby na tej podstawie podnieść siłę moralną.

Brak programu, któryby łączył ideały zbiorowe z jasnem wytknięciem prac praktycznych, jest przyczyną bezpłodności działań tego pokolenia przejściowego, które rozwija się wśród skomplikowanych i trudnych warunków. Głosem jeremiaszowym nawołuje Prus do pracy na swojskim gruncie, która ważniejszą jest , aniżeli służba dla ogólno-ludzkich celów, albo szukanie losu po świecie. Jeśli dla jakichkolwiekbądź powodów ludzie dzielni i uczciwi nie będą pamiętali o najbliższych obowiązkach, to rozwielmożnią się geszefciarze i karyerowicze najgorszego gatunku. Rozumie się, że malując objawy społecznego rozbicia, Prus musiał być jednostronnym. Mamy prawo teraz oczekiwać dopełnienia obrazu, utworów wytycznych i pokrzepiających. W „Lalce” niema zarysów dodatniego programu, chyba jeżeli nadamy takowe znaczenie stosunkom Wokulskiego z kupcem Suzinem, który był mu szczerym druhem, dopomógł do zdobycia majątku. Autor potrącił tu przelotnie kwestyą natury ekonomicznej, z której mogłyby wypłynąć ważniejsze rezultaty, gdyby Suzin stał się typem reprezentującym szerokie koła i rzesze.

W obecnej chwili ta i inne sprawy stanowią wielki znak zapytania, który jest tytułem ostatniego rozdziału powieści. Trafna to symbolika, świądcząca, że pisarz zna dobrze duszę tej szerszej gromady. Powieść jego nie może być uważana za jakieś skupienie wszystkich rysów obyczajowych epoki, ale odbija wiele jej naturalnych znamion, jest smutnym obrazem barku świadomości społecznej, nie umiejącej sformułować zdań dania jutrzejszego.

Imponuje w niej przedewszystkiem wielki talent tworzenia żywych ludzi i bogactwo epizodów. Co chwila Prus ukazuje nam nowe oblicza osób w związku z sferą, w której wyrosły. Z wyjątkiem kilku postaci pobocznych, nie zadowala się rysami zewnętrznemi, sięga do wnętrza figur, jako obserwator i analityk. Ze specyalnem zamiłowaniem wkracza w dziedzinę nieświadomych i półświadomych aktów psychicznych, maluje sny, złudzenia wyobraźni, tajemnicze rojenia na jawie, w chwilach podnieconej pracy ludzkiego wnętrza.

Ogromne bogactwo epizodów, scen, postaci i widoków stanowi główny powab powieści, której kapitalnym błędem jest brak artystycznej jednolitości i harmonii. Prus nie pisał bez plany, o czem świadczą niektóre misternie narysowane nici, wijące się przez całość utworu. Ale to pewna, że w miarę tworzenia rósł obszar dzieła, że autor zbaczał zanadto z wytkniętej kolei, malując z zamiłowaniem wiele pobocznych, luźno przyczepionych scen. Przepysznym jest prosty, szczery, szeroko epicki ton powieści, pisanej językiem giętkim, barwnym, pełnym prostoty. Czasami jednak obok malowideł w szerokim stylu, wetknie autor humorystyczne obrazki, pełne werwy, śmieszące do rozpuku, ale trochę szarżowane i karykaturalne.

Szkoda, wielka szkoda, że budowa całości powikłana i nieporządna. Wszystkie prawie części utworu są świetnie, spojenie ich bardzo wadliwe.

Całość można porównać do bogatego, ale bezładnie założonego parku, który w ogólnych grupach drzew nie ma harmonii, pełen jest powikłanych ścieżek u uroczych zakątków. Potępianie jednak powieści dla tych usterek byłoby dowodem bardzo płytkiego formalizmu. Tętni w niej tyle życia, tyle skupionej miłości, znać tu i ówdzie prace myśli, czasami niesystematycznej, ale rzutkiej i głębokiej, że „Lalkę” należy zaliczyć do znakomitych dorobków piśmiennictwa naszego, do świadectwa jego niewygasającej siły. Przetrwa ona dłużej, aniżeli pisane o niej krytyki, choćby oskarżały autora o siedem grzechów śmiertelnych przeciw estetyce szkolarskiej.

 

Józef Kotarbiński.

Published in: on Grudzień 11, 2013 at 7:18 pm  Comments (1)  
Tags:

The URI to TrackBack this entry is: https://lalkaprusa.wordpress.com/2013/12/11/lalka-boleslawa-prusa-w-recenzjach-cz-4-jozef-kotarbinski/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. […] Józef Kotarbiński, “Tygodnik Ilustrowany” 8-15.03.1890 r., cz. 2          […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: