„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 7 Kazimierz Ehrenberg

Piśmiennictwo krajowe i zagraniczne. Bolesław Prus: „Lalka”

Recenzja Lalki

Kazimierz Ehrenberg

„Biblioteka Warszawska” 1890, t. 2

 Non omnis moriar! Takimi słowy kończy się najnowsza trzytomowa powieść Bolesława Prusa, nie ze wszystkim zrozumiała, często porywająca potęgą plastyki, zastanawiająca bystrością dowcipu, czasem atoli rażąca czymś niezwykłym, paradoksalnym, zarówno w pomyśle, jak w wykonaniu. Non omnis moriar!2 Takie słowa wyryte są na krzyżu, położonym w miejscu, gdzie niszcząc ślady tego, co mu najwięcej szczęścia i nieszczęścia przyniosło, zginął-Stanisław Wokulski, romantyk z minionej epoki, który nie umiał liczyć się z życiem i prozaicznymi jego warunkami i jednemu uczuciu niepodzielnie oddawszy się, wybitne zdolności i zapał do wielkich rzeczy zmarnował bez celu i bez korzyści.

Czy to ironia? Czy to wyrzut, że tak zawsze będzie, że wieczyście spośród nas wychodzić muszą ludzie, którzy będą powtarzać z tęsknotą czarowne słowa romantycznych wieszczy, na to, żeby na nie później całą winę nieszczęść swoich zwalić, żeby razem z Gustawem skarżyć się na książki zbójeckie, łamiące posadę skrzydeł tak, iż na dół lotu już zwrócić nie można, a trzeba tylko przeklinać nudny tok rzeczy ziemskich i gardzić istotami powszedniej natury […]

Myśli przewodniej autora niepodobna prawie odgadnąć, tak ukazuje się rzadka, niknie, plącze się i znów wypływa na to, żeby znowu zniknąć w tym labiryncie postaci i wypadków, scen malowanych przepysznie, a powiązanych z sobą nieorganicznie — luźnie, w tej litanii wielkich maksym, szerokich planów, społecznych programatów, satyrycznych inwektyw, w całej tej dziwacznej, choć nie pozbawionej genialnych przebłysków składaninie. Czyżby przyczyną tego był fakt, że powieść Prusa była pisana za długo: że autor jej, człowiek wrażliwy, nakładał na nią w danej chwili farby takie, jakie odpowiadały wewnętrznemu jego usposobieniu, i stąd ta częsta sprzeczność w charakterach działających osób, niejednostajność w poglądach, brak jednolitej budowy i dokładnie przeprowadzonego pomysłu, co wszystko odbija się w powieści z niemałą dla niej ujmą i szkodą? […]

Tak niedawno otrząsnęliśmy się z chorobliwego romantyzmu, tak świeżo wkroczyliśmy na obszerny, tak wszechstronnie zalecany i przechwalany gościniec powieści realistycznej — a już ta nowa szkoła rozwija sztandar i odzywa się z hasłami dziwnymi, jeszcze mniej zdrowymi, niż te, jakie wypisała epoka przeszła; także jakiś mistycyzm, tylko z tą różnicą, że nie religijny jak dawniej, a już tak chorobliwy, że nieledwie do somnambulistycznego stanu podobny; zerwanie ze wszystkim, co jest jasne, proste, zrozumiałe, uwielbienie zaś ciemnej metafory i zawikłanej symbolistyki, pogarda zdrowego sensu, oto cechy utworów pisarzów obozu, który sam przedrwiwając siebie, przybrał ironiczną nazwę dekadentyzmu. Bluźnierstwem zapewne byłoby porównywać ostatnie dzieło Prusa z chorymi wytworami obłąkanych mózgów we Francji: autor Placówki, jeden z najświetniejszych naszych realistów, być nim jeszcze dzisiaj nie przestał. Całe epizody, obrazy, ustępy w Lalce nieraz nie mają sobie równych w całym współczesnym piśmiennictwie; ale z przykrością trzeba powiedzieć, że prądy nowej szkoły znalazły w niej swoje odbicie. […]

Idea książki, jej myśl przewodnia przesiąknięta jest zatem na wskroś strasznym, rozpaczliwym pesymizmem; forma jej po części również dziwaczna, rażąca niezwykłością i wykrzywieniem — oto ogólne wrażenie z powieści po jej pierwszym i jednorazowym przeczytaniu.

Zamęt, z którego sobie trudno zdać sprawę, uniemożliwia w pierwszej chwili rozejrzenie się w szczegółach, wykonanych z mistrzostwem i doskonałością dziwną, na jaką nie zdobyłby się żaden spośród naszych pierwszorzędnych pisarzów współczesnych. Lalka bądź co bądź jest dziełem niepospolitego umysłu i niepospolitego talentu. Najprzód jej styl jest tak giętki a piękny, tak nadający się do skreślenia najdrobniejszych odcieni myśli, taki posłuszny autorowi a taki płynny, potoczysty, jędrny, szybki i zajmujący — że opowiadać podobnie pięknie i świetnie należy do najtrudniejszych i zwykle nieosiąganych zadań kunsztu pisarskiego. Gdyby powieść nie miała zupełnie zalet innych — to samo zapewniłoby jej niewątpliwie powodzenie ogromne i niezwykłe, cóż dopiero, gdy łączy się z tym dowcip swobodny, chociaż zawsze głęboki, dar obserwacji i charakterystyki świetny, znajomość życia, stosunków i uczuć ludzkich niepowszednia, oraz zdumiewająca wiedza pisarza. Ale właśnie ten pesymizm Prusa, stawiający go na stanowisku wysoce obiektywnym, które mu pozwala patrzeć na ludzi z odrębnego punktu widzenia i pod względem artystycznym znacznie ułatwia mu zadanie, ale zarazem marnuje te świetne dary: w oczach autora powieści ludzie rzeczywiście są to śmieszne lalki, na które trzeba jednak patrzeć z wyrozumieniem i współczuciem. Przed okiem czytelnika rozwija się mnóstwo najprzeróżniejszych dążeń, ścierają się z sobą najsprzeczniejsze prądy, przechodzą najrozmaitsi ludzie,jakby w kalejdoskopie; autor pochwycił chwilę rozwoju naszego społeczeństwa sprzed lat kilkunastu, oddał ją, a raczej nie tyle ją, ile prądy wówczas nurtujące z sumienną wiernością: arystokraci, plutokraci i demokraci, romantycy, pozytywiści i socjaliści oto są grupy, na które dzielą się ludzie występujący w powieści; a żadnego z nich nie otacza Prus sympatią większą, nad wszystkimi przechodzi do porządku dziennego, jak gdyby z goryczą i ironią powtarzał: „Wszystko to głupstwo!”. W całej galerii postaci nie ma ani jednego człowieka rozumnego i zdrowego, wszystko są natury zwichnięte moralnie, umysłowo lub etycznie, spaczone wychowaniem, wpływami otoczenia, lektury, ducha czasu, częścią wariaci, częścią nikczemnicy, częścią zupełne pod każdym względem zera. I w ten sposób te przyrodzone dary Prusa zużyte zostały nie tak, jakby użyć dały. Ta sama obiektywna obserwacja, która zrodziła w Placówce Ślimaka, tutaj użyta została na rodzaj karykatury społecznej, która czytelnika do żywego oburza i wstrząsa, ale na którą on żadną miarą nie może się zgodzić. […]

Taka rozpacz i takie zwątpienie jest niezawodnie najstraszniejszym i najzgubniejszym z objawów złych i niezdrowych, których nigdy, a zwłaszcza za naszych dni, nie brak. A nade wszystko smutne i przerażające jest, jeżeli takie uczucia spotyka się u ludzi najwybitniejszych potęgą umysłu i talentu, tych żywych, którzy przed narodem nieść winni pochodnię oświaty i przeświecać nią wśród drogi ciemnej i nadzwyczaj trudnej. Jeżeli od nich wychodzą takie hasła i takie poglądy, jeżeli właśnie oni szerzą moralną zarazę i sprowadzają poddające się im umysły na manowce, które wiodą w niezawodną przepaść, zaczyna się dziać wtedy naprawdę bardzo źle — wtedy naprawdę nawet ci, co im nie wierzą, gotowi są zwątpić, czy my w istocie posuwamy się naprzód?

Opublikowany fragment znajduje się na: wikipedia.pl

Reklamy
Published in: on Styczeń 27, 2014 at 7:06 pm  2 Komentarze  
Tags:

„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 6 Leon Okręt

O „Lalce” słów kilka 

Od epickiego spokoju i klasycznych form historycznego romansu Sienkiewicza do uczuciowej nierównowagi, trochę bezładnej, jakby nerwowej budowy romansu Prusa – skok wielki. Prości bohaterowie trylogii: Bohunowie, Skrzetuscy, Wołodyjowscy, mają świadomość, charakter, temperament, ale nawet ich świadomość nosi wyraźne cechy charakteru, temperamentu; żądania i żądze mają określone: kochają, cierpią bez namysłów, bez literatury, nie lubują się w procesie własnych odczuwań, nie stawiają nieustannie rozmysłu pomiędzy wolą a czynem; działają pod ciśnieniem nielicznych, prostych impulsów: patriotyzmu, honoru, miłości lub ambicji, chciwości, okrucieństwa. Wypadki wśród których żyją – krwawe, ale nie skomplikowane, nie skłębione, nie zmieszane.

My, zmęczeni widokiem tłumnej, nieokreślonej codzienności, zachwycaliśmy się tą prostotą ubiegłych epok, mistrzowskim odtworzeniem tych szerokich planów, wielkich rysów, ruchów masowych, rozległych. Była to przyjemność podobna do tej, jakiej doznaje się, patrząc przez teleskop na niebo.

W Lalce — od czasów Ogniem i mieczem, najważniejszym wyrazie polskiej beletrystycznej twórczości, mamy inny świat, życie w jego nowych formach, zmodyfikowanych nowymi warunkami; życie strasznie pomącone, zawikłane: gdzie każdy fakt, każde zjawisko jest tylko cząstką ogólniejszej całości, gdzie się one przeplatają, mieszają z sobą, bez miedzy, bez linii odgraniczającej. Zamiast dawnych prostych impulsów, ludźmi kierują najsprzeczniejsze oddziaływania: wyjątkowe uczucia, wyjątkowe poglądy, wyjątkowe szczęście, wyjątkowe dążenia. Charakter Wokulskiego, Rzeckiego, Ochockiego, Szumana, przeinaczany wciąż przez refleksję, zmieniającą kierunki woli, ubarwiającą ją po swojemu, władczynię bezpośrednią, kapryśną. „Z otwartej przestrzeni światła i dźwięków” przechodzimy do „ciemno-purpurowego młyna namiętności”, jak powtarza Brandes, wchodzimy wraz ze wszystkimi tymi ludźmi, którzy wespół z nami badają każdy swój ruch, każde czucie widzimy mechanizm ich życia, widzimy, że nie potrafią zakreślić sobie jasno sfery obowiązków, nie wiedzą, czego chcieć od siebie, od swego serca, od ludzi, od natury.

Wielkim ich bólem jest coś, czego w tym stopniu dawniej nie znano — nierównowaga pomiędzy pragnieniem a możnością; zamiast dawnej decyzji prędkiej, gotowej, widzimy rozmarzenie, leniwą idealizację; zamiast energii stałej, silnej — chwiejną, przypływającą, odpływającą.

Widzimy, że ci ludzie czujnie słuchają, jak ich coś woła „do” czynu i do miłości, ale nie umieją pójść za głosem tej wewnętrznej pobudki; widzimy, że łagodna bierność kobieca przeradza się w bezduszność, półzmysłowe marzycielstwo, terroryzującą, niebezpieczną, zbyt pobłażliwą kokieterię. Zamiast miłości prostej, szczerej, mamy uczucie trawiące, refleksyjne, niewłaściwy jego kierunek, tragedię jego zboczeń, walkę pomiędzy zbytkiem serca z jednej, brakiem z drugiej strony.

Fala życia, która niegdyś tak gwałtownie i wysoko biła, teraz tylko szybko przesuwa się, jak piasek w klepsydrze, małostkowa, nieznaczna. Wypadki zdrobniały: mrowią się, roją i żyją jakimś drobnicowym życiem; widzimy arystokrację, szlachtę, mieszczaństwo, Polaków, Żydów, Niemców, o rysach od siebie pozapożyczanych; wspólnie żyją, kryjąc i uwydatniając egoizm, łataną harmonię niezgodnych usposobień. Kontury wszędzie niezdecydowane, pomieszane; nie wiadomo, kto do kogo należy, dokąd idzie; wszyscy wahają się, odtrącają, rzucają w objęcia, łączą, rozchodzą — jak w sennym marzeniu. A my, czując, że pomimo wszystko jesteśmy dziećmi tej niespokojnej, niewyraźnej epoki, porwani prawdą i masą życia, jaką wre powieść, poddajemy się czarowi świetnego pióra, zachwycamy pięknością Lalki. Jest to przyjemność podobna do tej, jakiej doznaje się, patrząc przez mikroskop na rozmaite ruchy żyjątek w kropli wody.

W nowej swej powieści Prus wzniósł się do wyżyn prawdziwego współczesnego powieściopisarza, wtłaczającego w dzieło syntezę narodowego życia, mieszczącego w nim historię epoki lub jej odłamu, całe armie żyć, całe szeregi stosunków. Prototypem takiej powieści jest Pokój i wojna [!] hr. Tołstoja; Lalka — na mniejszą skalę rozległością pomysłu, szczerością postrzegania, wrażliwością autora na wszystkie kwestie, nurtujące współczesnego człowieka, ma dla nas wartość analogiczną.

Prus również daje nam znać poniekąd, jak bohaterowie jego rozwijają się, starzeją, jakie zmiany zachodzą w ich usposobieniu; całą historię kilku dziesiątków ostatnich lat rzuca za tło powieści; od opisów staromiejskiego życia, węgierskiej kampanii, złudzeń ówczesnej młodzieży, jej entuzjazmu, kiełkowania późniejszych prądów, przechodzimy do obrazów, jak się mieszczaństwo powoli rozpanoszą, Żydzi zaczynają grać coraz większą rolę, arystokracja biednieje, jak warstwy chrześcijańskie patrzą na liczną obok siebie ludność żydowską, jak miasto podnosi się, zabudowywa.

Widzimy zwątpienia wieku starego, upartą chęć wiary, rozmaite prądy moralne w społeczeństwie, zetknięcia z odmiennymi kulturami, rozbudzenie praktycznych celów, niemoc ich osiągnięcia, potęgę handlu, przemysłu — wszystko to niepedantycznie przyrosłe do życia jak codzienna troska — i obok tego wieczyste źródło najgłębszych prawd o człowieku; miłość w postaci nieszczęśliwego uczucia Wokulskiego dla panny Izabeli Łęckiej.

Prus wykazał tutaj, że umysł jego jest na poziomie najważniejszych, najzawilszych zagadnień, rozumie wielką i smutną poezję idealnych dążeń; główna cecha prawdziwego twórcy — sympatia do wszystkiego co ludzkie przeziera wielkimi rysami z całej powieści; równowaga pomiędzy nastrojem a jego wyrazem — kompletna; obrazy barwne, język subtelny, uduchowiony, dialektyka cięta, błyskotliwa, powaga wobec etycznych zadań życia, jaką spotykamy tylko u Tołstoja i Bourgeta, szczerość bezwarunkowa…

Ta książka mogłaby być arcydziełem… Ale nim nie jest. W przelotnym wrażeniu literackim, jak obecne, niepodobna zebrać wszystkich rysów, psujących niezwykłą koncepcję Lalki; nie będziemy mówili ani o humorystycznej przesadzie wielu scen, ani o nietrafności obserwacji, ani o bezładzie kompozycji, tym bardziej że od powieści nie można wymagać surowych linij jakiegoś Partenonu; może ona, jak Watykan, składać się z rozmaitych większych i mniejszych budynków, nieregularnych i nierównomiernych, a pomimo to stanowić imponującą całość, ani o spadkach energii twórczej w zakresie trzech tomów — to wszystko, można by w poważnej krytyce wyszczególnić.

Wobec bijącej z tego dzieła miłości prawdy, troski moralnej, powagi, czytelnik szuka i ma prawo wymagać jedności usposobienia, nastroju, stałego do świata stosunku, jednolitości. W przeciwnym razie, widząc, że wzruszający go autor bardzo często bierze rzecz ze strony wesołej, trochę lekkiej, czasem fantastycznej, czasem bulwarowej, że tak powiem, czytelnik pyta, cóż znaczy poprzednia powaga, jakim jest kąt, pod którym Prus widzi prawdę, jakim jego stosunek do rzeczywistości, jaką jego indywidualność? — który Prus jest prawdziwy, czy ten, który się śmieje, czy ten który płacze. Heraklit czy Demokryt, czy obydwaj razem, czy żaden z pomiędzy nich?

Czy etyczne konsekwencje z powieści Prusa są poważne, czy autor Lalki ma prawo żądać, jak Zola, Daudet, Tołstoj, aby mu wierzono?

Nic dziwnego, jeśli czytelnik w ten sposób zaznaczy swą nieufność. Lalce brak indywidualności nie dlatego, żeby jej autor tak jak Szekspir, co „po Bogu najwięcej stworzył”, roztapiał się w stworzeniu i nie posiadał indywidualności, ale dlatego, że widocznie drogą literackiej sugestii czy wyrobionych upodobań, Prus wcielił w siebie rozmaite sposoby i rodzaje odczuwania. Wcielił doskonale, z głębokim zrozumieniem ich istoty i nieporównaną techniką, ale używając ich obok własnego, zamiast jednego Prusa stworzył trzech czy czterech, mechanicznie obok siebie położonych, nie przenikających się wzajemnie, niezgodnych ze sobą.

Prawdziwego wszyscy znamy. Jest to obserwator życia maluczkich, z delikatnością kobiecą i męską trafnością sądu, gorycz postrzegania łagodzący humorem a la Dickens, bez szarży dowcipny, zabarwiający rzeczywistość podmiotowo, po swojemu, do czego ma zupełne prawo. Takim jest w Lalce dziennik Rzeckiego, obfitujący w najpiękniejsze obrazy, najtrafniejsze spostrzeżenia. I gdyby nie to, że ów Rzecki trochę zanadto przypomina Prusa, że autor nie potrafił ukryć swojego „ja” – wszystkie rozdziały, gdzie stary subiekt spisuje swe wrażenia, byłyby prawie bez zarzutu.

Prawie, gdyż czasem do dziedziny jego wkrada się inny Prus, mający pewną styczność z pierwszym, ale różniący się brakiem smaku, melodramatycznością a la Xavier de Montepin, naiwnością środków artystycznych, wątpliwymi efektami, dosyć rażącą wesołością. Jest to Prus, opisujący karykaturalnie sceny, nic nie mające wspólnego z rzeczywistością, opisujący Paryż, tajemniczych maitres d’hotel, dwuznaczne baronowe, kieszonkowych złodziei, w sposób, który by przyniósł zaszczyt felietoniście susowego dziennika, ale autorowi Lalki nie przynosi żadnego.

Jest jeszcze trzeci Prus, przywdziewający tajemniczą maskę

Hoffmanna, przerzucający się od razu z realności do sfery chimer, zamiast postaci z krwią i ciałem, tworzący symbole, abstrakcje, jak człowiek o zupełnie odrębnym rodzaju badania i odczuwania. Takim jest, kiedy bohaterowi swemu każe spotkać uczonego Geista, który zamyśla odkryciami swymi zrewolucjonizować wiedzę atomistyki, stworzyć nową erę dla innych ludzi, bo dzisiejsi istnienia nie warci. Chociaż rozum nam dyktuje, że nie wydzierżawiliśmy prawdy, że Geist może rzeczywiście odkrył metal przezroczystszy jak szkło i lekki jak puch — wszystkie te tajemnicze rozmowy i cała symbolistyka, wśród żywego, bliskiego nam otoczenia, ta fantazja w biały dzień — odrywa nas od cierpień Wokulskiego, jako przedmiot jego przywiązania wydaje się czymś nieujętym, mglistym, a przede wszystkim niezgodnym z traktowaniem rzeczywistości przez ciąg całego dzieła. W takich współczesnych powieściach, dla estetycznych celów i dla jednolitego charakteru, fabuła winna być prawdziwszą od rzeczywistości, która podobno jest największym nieprawdopodobieństwem.

A najwidoczniejszym, najpotężniej dominującym Prusem jest jeszcze inny — nowy — psychologiczny, zaglądający wciąż do wnętrza duszy ludzkiej; Wokulski całą powieść przechodzi monologami, a la Stendhal, ciągłym wsłuchiwaniem się, co czuje i czy co czuje; tutaj na Prusie odbił się wpływ rosyjskiego romansu, którego głębia nie mogła nie porwać i nie olśnić wrażliwości autora Lalki; znać go w całej technice psychologicznej, która ściśle odpowiada klasycznym wzorom Tołstoja i Dostojewskiego; to samo powiedzieć można o zainaugurowanym przez autora Lalki podniesieniu doniosłości snów, półświadomych stanów. Ten systemat patrzenia się na ludzi bardzo poważny, jakkolwiek bardzo łatwo drobnostkowość zastąpić w nim może miejsce głębokości — jest doskonałym warunkiem poznania prawdy; zmusza do zważania rozmaitych motywów działalności, czasem wprost przeciwnych, jest rękojmią… bezstronnych wyników.

Widać jednak, że nie jest on właściwym Prusowi, że przyszedł z zewnątrz; wnosić to można z bardzo szczupłego repertuaru psychologii Prusa, ograniczającej się na ustawicznym powtarzaniu z błyskawiczną szybkością przemijających: nadziei, apatii, rozpaczy, zjawiających się często bez widocznej, dostatecznej przyczyny; wraca to z nużącą jednostajnością, z nieposuwaniem się naprzód, jak w błędnym kole.

Widać stąd jeszcze, że natura Prusa, zbyt długo trzymana w nastroju wewnętrznego pogłębiania, ciągnie wilka do lasu i podszeptuje Wokulskiemu myśli lub słowa, których ten ostatni pomyśleć ani wypowiedzieć nie mógł, gdyż sprzeciwiają się charakterowi jego obserwacji. Są to obserwacje pierwszego Prusa, humorysty a la Dickens. Widać ostatecznie stąd, że nie zdołał on równie dobrze odtworzyć istoty psychologicznego odczuwania, zależnego od wieku, temperamentu. Jego Wokulski nie ma lat czterdziestu pięciu.

W rezultacie te wszystkie sposoby traktowania rzeczy odzywają się mechanicznie, przy zjawieniu się tej lub innej osobistości. Wokulski przynosi ze sobą psychologię, Rzecki dickensowski sentymentalizm, inni karykaturę, inni symboliczną mglistość. Wygląda to na leitmotiv wagnerowskich oper, wygrywanie nieodmiennie przez orkiestrę, ilekroć zza kulis wystąpi ten lub inny śpiewak. Taki brak jedności, charakteryzującej prawdziwie wielki utwór sztuki, obecność jakby kilku twórców, nie identycznych usposobień, poglądów, temperamentu, zdaje się, jest głównym niedoborem Lalki. […]

Jest to fragment recenzji dostępny na stronie: http://pl.wikisource.org/wiki/Recenzje_Lalki/O_%22Lalce%22_s%C5%82%C3%B3w_kilka

Published in: on Styczeń 15, 2014 at 7:17 pm  Comments (1)  

„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 5 Piotr Chmielowski

Bolesław Prus, „Lalka,” powieść w trzech tomach. Z portretem autora. Warszawa.

Nakład Gebethnera i Wolffa, 189U, str. 431, 503, 439.

Kiedy największa z dotychczasowych kompozycyi powieściowych Bolesława Prusa ukazywała się w odcinku „Kuryera Codziennego,” czytelnicy interesowali się nią gorączkowo i szturmowali do redakcyi energicznie, jeżeli w ogłaszaniu jej zachodziły dłuższe przerwy, co się, nawiasem mówiąc, zdarzało dość często; a kiedy obecnie wyszła w książkowem wydaniu, budzi zajęcie jakby rzecz zupełnie nowa,  wywołuje dyskusye i spory, i co do całości i w szczegółach.

Dotychczas spory te i dyskusye zamykają się w obrębie rozmów, ale niebawem przejdą zapewne i do druku, gdzie się ujawnić będą  mogły różne punkta widzenia i upodobania estetyczne.

Zajęcie wywołane przez książkę jest niewątpliwie jej pierwszą, zaprzeczyć się nie dającą zaletą, bo rozruszanie umysłów częstokroć bardzo apatycznych, wpuszczenie do nich nowego prądu powodującego działalność komórek mózgowych, podanie materyału obfitego do roztrząśnięcia i rozbioru musi być wynikiem utworu nietuzinkowego, nie zadawalniającego się zewnętrznemi, powierzchownemi objawami życia, lecz sięgającego do wnętrza.

Bolesław Prus należał i należy do pisarzów, którzy w puste frazesy bawić się nie lubią. Na dnie wszystkich niemal jego utworów leży jakaś myśl głębsza, nieraz dziwna i paradoksalna, ale tryskająca życiem, dotykająca ważnych spraw społecznych, lub też tajemnych stron duszy człowieka. Umysł jego, lubiący i umiejący obserwować, zasilony nauką może niezbyt rozległą, lecz dobrze przetrawioną, skłonny do oryginalnych kombinacyi, a mający żyłkę satyryczną potężnie rozwiniętą; serce pełne spółczucia dla wszelkiej niedoli i cierpienia, lecz z powodu owej satyrycznej żyłki chętnie przywdziewające maskę humoru; fantazya, pomimo trzeźwości i krytycyzmu, pomimo  zabarwienia realistycznego, prawdziwie poetyczna — składają się na  wytworzenie fizyognomii duchowej nadzwyczaj ciekawej, pociągającej i

sympatycznej i na powstawanie dzieł, które myślą i wykonaniem wzbijają się wysoko ponad poziom przeciętnych wytworów literackich i docierają niekiedy szczytów mistrzowstwa.

Wśród tych cennych przymiotów powieściopisarskich pojawiały się dość często wady, wynikające przeważnie z nieutrzymania miary artystycznej w doborze środków przedstawienia myśli, z niepowściągliwości zwłaszcza w użyciu niewybrednego dowcipu i z niedomagań wreszcie plastyki w malowaniu postaci i sytuacyi. Wady te  sprawiały, że żadnego z utworów Prasa nie można było nazwać  arcydziełem, ale żadnemu prawie nie odbierały własności, która w  artyzmie ma najwyższe znaczenie,—nie odbierały prawdy życia.

Dotąd mieliśmy sposobność robić te spostrzeżenia na szkicach, obrazkach i nowelach, obecnie mamy przed sobą powieść trzytomową, w której stosunki życiowe warszawskie, a po części prowincyonalne i obce, traktowane są szeroko, chociaż w sposób właściwy autorowi, t. j. za pośrednictwem drobnych rysów, odtwarzających osoby i rzeczy w pewnej chwili, w pewnym nastroju.

Trzy są główne osobistości, na które w „Lalce” rzucił autor  najwięcej światła, których dzieje skreślił szczegółowo i których  charaktery i przygody najmocniej oczywiście interesują czytelników. Są to Wokulski, Rzecki i Izabela Łęcka.

Najsympatyczniejszym z tej trójcy, najtrafniej odmalowanym i naj konsekwentniej w charakterze utrzymanym jest według mnie Rzecki, z którym czytelnik najdłużej przebywa, z którego ust najwięcej ‚szczegółów interesujących się dowiaduje i z którym lepiej się spoufala,

aniżeli z kimkolwiek innym w powieści. Takim, jakim go nam Prus przedstawia, zrobiło go miękkie, serdeczne z natury usposobienie, wychowanie domowe i przygody życia. Ojciec jego był za młodu żołnierzem i wyniósł z owej epoki bałwochwalcze .uwielbienie dla Napoleona, od jego potomków przez resztę życia spodziewając się jakichś  przewrotów na świecie, mających złe wyplenić a dobrych nagrodzić. Tę wiarę swoje wpajał w syna od najwcześniejszego dzieciństwa, zaprawiając ,go zawczasu do zawodu wojskowego, musztrując zawzięcie, i w ostatniej jeszcze przedzgonnej chwili zalecając chłopcu wpatrywanie się w gwiazdę Napoleońską. I syn ten wiernym pozostał naukom krótko i stanowczo dawanym przez ojca. Druga szkoła życia, sklepik Mincla, do którego oddać go po śmierci ojca musiano, gdyż nie było środków na kształcenie, nauczyła go cierpliwości, oszczędności, pracowitości i porządku, ale nie wyrugowała z duszy tego, co w mej wiara ojcowska zasiała. Gdy się tylko poczuł na siłach i gdy się sposobność w wojnie węgierskiej zdarzyła, opuścił sklep wraz z towarzyszem swoim, Katzem, który, pomimo swego nazwiska, nie cierpiał szwabów, i poszli bić Austryaków. Katz, natura milcząca, skupiona w sobie, zacięta i stanowcza, nie mógł przenieść klęski porażki, nie chciał wracać do kraju, skończył samobójstwem. Rzecki zaś, miększy i wrażliwszy, zachował w sercu pomimo niepowodzeń nadzieję lepszych czasów,  dostał się do kraju i zasiadł znowu w sklepie, jakby dla  zadośćuczynienia wymaganiom wpojonym przez owę drugą szkołę życia, jakby dla okazania, że bohaterskie porywy nie przeszkadzają i przeszkadzać nie powinny w spełnianiu obowiązków codziennych, w praktykowaniu cnót powszednich: pracowitości, oszczędności, porządku i cierpliwości.

Autor nie tłumaczy nam dokładniej tej fazy w życiu Rzeckiego, przedstawia ją tylko jako fakt, może istotnie zaobserwowany. Brak ten atoli wyjaśnienia nie czyni bynajmniej figury tej niezrozumiałą.

Rzecki nie jest to umysł wyższy ani co do rozumu, ani co do  namiętności; w nim nie mogła wybujać żadna właściwość aż do tego stopnia, iżby nie dozwalała rozwijać się żadnej innej. Gdy młodzieńcza krew

w nim zakipiała, poszedł za napomnieniami i wskazówkami zmarłego ojca, które tern większą posiadały w sercu kochającego syna siłę, że już zza grobu się odzywały. Ale spełniwszy obowiązek i nie ‚widząc

na razie możności zużytkowania pracy swej w tym wojowniczym  kierunku, wrócił do sklepu, rozczytywał się w dziejach Napoleoński cli, śledził przebieg spraw politycznych, objaśniając je po swojemu i  upatrując wszędzie zapowiedzi zmian, o jakich marzył ojciec. Być może, Rzecki zaprędko zdziadział, zaprędko zaczął się uważać za  niezdolnego do nowych bohaterskich porywów, ale jeżeli tę jedne okoliczność chronologiczną pominiemy, to nic zresztą już więcej nie będzie nam bruździło w rozumieniu jego charakteru.

Nie ożenił się, został starym kawalerem, przywykł do życia  uregulowanego według zegarka, jako starszy subjekt w sklepie odznaczał się skrupulatnością w pełnieniu swych obowiązków tak wielką, że

spędzenie paru godzin po za sklepem w porze, objętej programem pracy, przejmowało go wstydem i obawą, żeby tego nie zauważono. Całą czułość swego miękkiego, serdecznego usposobienia zwrócił ku ukochanemu Stachowi Wokulskiemu, którego znał w biedzie, a którego potem został przyjacielem i prawą ręką. W nim widział uosobienie mądrości i szlachetności, każdy j ego krok usprawiedliwiał i, bez chodzenia w rozbiór sprawy, zawsze mu przyznawał słuszność, gotów się zań rąbać. Smutki i cierpienia Stacha stają się zawsze udręczeniem Rzecki ego, a  powodzenie i tryumf – jego największą radością. Miłość jego dla Stacha niczem zrazić się nie daje, ani brakiem szerszego wylania, ani zagadkowością postępków; jest cierpliwa, pokorna i zawsze ufna; jedno  słowo, jedno zrozumienie upodobań nagradza jej wszystkie niepokoje. Gniewa go nieraz miłość Stacha do Izabeli, widzi w niej klęskę i dla przyjaciela i dla interesów sklepowych, czyni czasami delikatne,  nieśmiałe uwagi, pragnąłby skierować afekt Wokulskiego ku pięknej i dobrej pani Stawskiej, roi w tym względzie pomysły, które mu się wydają bardzo zręcznemi, ale oczywiście ani na chwilę nie życzyłby sobie postąpić wbrew pragnieniom i dążeniom Stacha. Nie mając  bardzo często żadnych wskazówek od swego przyjaciela, co do zamiarów jego i czynów, przypuszcza, zgodnie ze swoją wiarą w rychłe  dokonanie zmian stanowczych w świecie, że Wokulski zajmuje się czynnie wyższą polityką. Rozczarowuje się ciągle, gdyż żaden postępek, żadne przedsięwzięcie Stacha w wieku dojrzałym nie miało najmniejszego  nawet zabarwienia politycznego.

Rzecki ma naturalnie swoje słabostki i śmieszności. Do bruku miejskiego tak już na starość przywykł, że zdobyć się nie może na  wyjazd; raz kupił bilet do Krakowa, wsiadł do wagonu i… po trzecim dzwonku wyskoczył. Zajęcia sklepowe, a mianowicie układanie  wystawy w oknie co tydzień stało się dla niego nieodzowną potrzebą  życia, tak, że całkiem bezpłatnie, ba, narażając się na podejrzenia ze  strony nowonabywcy, zamykał się w sobotę w sklepie, rozkładał towary, bawił się (stary dzieciak!) zabawkami i obmyślał efektowną wystawę. Do inicjatywy szerszej był niezdolny; mógł być tylko dobrym  wykonawcą .

Autor patrzy na tę postać z dobroduszną, pobłażliwą ironią,  która nie przeszkadza bynajmniej lubić jej i szanować; w obrazie śmierci Rzeckiego wystawił dobitnie i pięknie niemożność przemiany takiego

człowieka na inicjatora jakichś większych przedsięwzięć. Gdy Wokulski sklep sprzedał, gdy się ze spółki zupełnie wycofał i znikł bez wieści, Rzecki oburzony posądzeniem Szlangbauma, że coś z towarów podczas

układania wystawy mógł sobie przywłaszczyć, zamyśla o utworzeniu sklepu konkurencyjnego, o wydarciu hau dlii z rąk partaczy  niesumiennych; naraz rozjaśnia mu się w głowie, widzi, że wiara w gwiazdę Napoleońską była mrzonką, że opieranie nadziei na polityce zagranicznej jest niedorzecznością, bo oto pod bokiem wyrastają ludzie zarażający  społeczeństwo zgnilizną moralną; zdaje mu się, że nabrał oświadczenia

które mu wystarczy „na całe życie.” Ach! tak, wystarczyło… bo  tegoż samego dnia umarł.

Tak żył człowiek o inteligencyi średniej, o sercu dobrem, zacnem, o woli wystarczającej do zrobienia tego, co uważał za pożyteczne i do osiągnięcia możliwe. Pomimo swych rojeń o szerokiej polityce, życia nie zmarnował, bo nie gardził pracą powszednią, drobną, codzienną. Byt to wprawdzie podobny trochę do bytu ślimaka, wystawiającego od czasu do czasu rożki ku słońcu, ale ponieważ wielkie wypadki i wielkie

charaktery nie codzień się zdarzają, dobrze jest gdy w społeczeństwie znajdują się takie pracowite mrówki, jak Rzecki.

Wokulski należy do zupełnie innego rodzaju: to materyał na wielkiego, potężnego działacza. Pomysłowość genialna, wola silna, wytrwałość żelazna, wiedza obszerna i gruntowna mogły go uczynić

jednym z wodzów wiodących społeczeństwa ku jaśniejszej przyszłości. Dlaczego takim nie uczyniły? dlaczego pojawił się on tylko jak  meteor, zabłysnął i zniknął. Odpowiedź na to pytanie jest zasadniczą

treścią „Lalki,” stanowi jej jądro.

Wokulski pochodził ze zbiedniała) szlacheckiej rodziny, w  młodości służył jako subjekt w handlu win Hopfera, ale gnany żądzą wiedzy, czytał zawzięcie, uczył się po nocach, zdołał się przygotować do  egzaminu z najwyższej klasy i wszedł do Szkoły Głównej. Zajmowały go najmocniej odkrycia i wynalazki naukowe, robił doświadczenia  chemiczne, budował balony, rozmyślał nad sposobem kierowania niemi. „We wszystkiem brakło mu pomocy i środków. Wyrwany z pośród  zajęć naukowych, złożył dowody swego męstwa, a potem znalazł się na dalekim Wschodzie. Umiał sobie i tu pozyskać serca, a własny rozum wzbogacić spostrzeżeniami, któremi dzielił się ze światem uczonym i które mu się w życiu dalszem przydać miały. Wróciwszy do kraju, przez pół roku żył z uzbieranej na Wschodzie gotówki; „kupując za nią dużo książek, ale mało jedzenia.” Wydawszy ją, począł szukać  roboty; nie znalazł jej u kupców dlatego, że był uczonym, a u uczonych  dlatego, że był eks-subjekteni. Zawiódł się na nauce, myśląc, że ona zapewni chleba kawałek; postanowił więc chwycić się drogi praktycznej, postąpić tak, jak wielu postępowało i postępuje. Schowawszy na dnie duszy wyższe aspiracye i nie marząc o zadowolnienie serca, ożenił się z wdową po kupcu Minclu, pracował gorliwie w handlu, był  przykładnym małżonkiem; zawarłszy stosunki z kupcami moskiewskimi,  poprawił interesy, potroił obroty i dochody. Po trzech jednak latach pożycia ze zbyt sentymentalną, wymagającą i zazdrosną Minclową,  Wokulski „pobladł, pochylił się, zarzucił swoje uczone książki, a wziął się do czytania gazet i każdą chwilę wolną przepędzał na rozmowie o polityce”; jednem słowem, przerabiał się na filistra „w tureckim  szlafroku, w haftowanych paciorkami pantoflach i w czapeczce z jedwabnym kutasem.” W piątym roku pożycia, małżonka zmarła, przekazując cały majątek mężowi. „Wokulski wówczas osowiał jeszcze bardziej, ale za to wrócił do książek. Mając kilka tysięcy rubli dochodu,  przestał zajmować się handlem, zerwał ze znajomymi, odsunął się od  towarzystw, pogrążył się w studyach.

Nie trwało to jednak długo; w pół roku po śmierci żony,  namówiony przez Rzeckiego poszedł do teatru, ujrzał tam Izabelę Łęcką, pokochał ja gwałtownie, obudził się z apatyi i zaczął pracować nad zrobieniem wielkiego majątku, aby módz się zbliżyć do swego ideału, z którym jeszcze ani słowa nie zamienił. Podczas wojny tureckiej jedzie do Bułgaryi i w rok niespełna przywozi stamtąd półmiliona.

Wszystko, co tu o Wokulskim powiedziałem, dzieje się po za akcyą powieści, przedstawione zostało w formie epizodu przez  Rzeckiego, piszącego pamiętnik. Tak pomyślana figura musi być nazwana dobrą; jest ona oczywiście wyjątkową, ale jej psychologia może być zrozumianą w zupełności. Jednostek utalentowanych lub genialnych nie brakowało nam nigdy i teraz zapewne nie brakuje. Najczęściej rozwinąć się one swobodnie nie mogą, gdyż na każdym swym kroku spotykają olbrzymie przeszkody, albo też nie otrzymują koniecznych pomocy. Społeczeństwo biedne, nie posiadające pomyślnych  warunków istnienia, stosunkowo do innych narodów mało ukształcone, nie ma u siebie dostatecznego zasobu materyalnego, ani tez przygotowania umysłowego, by mogło naprzód dopomódz pracy wielkich uczonych, genialnych wynalazców i odkrywców przez stosownie urządzone instytucye, a następnie zużytkować wyniki tej pracy i odpowiednio je  wynagrodzić. Z tego punktu widzenia przeciwstawienie warunków  rozwoju w kraju i we Francyi zrobione przez Wokulskiego jest słuszne i zrozumiałe. Gdyby przyszedł na świat w Paryżu, to przedewszystkiem „dzięki mnóstwu instytucyi, mógłby więcej nauczyć się w  dzieciństwie; później, nawet dostawszy się do kupca, doznałby mniej przykrości, a więcej pomocy w studyach; dalej nie pracowałby nad perpetuum mobile, przekonawszy się, że w tutejszych muzeach istnieje wiele  podobnych machin, które nigdy nie funkcyonowały. Gdyby zaś wziął się do kierowania balonami, znalazłby gotowe modele, cale grupy  podobnych jak on marzycieli, a nawet pomoc w razie praktyczności  pomysłów” (II, 304, 305). Nie znalazłszy tego wszystkiego u siebie,  przeciwnie, widząc lekceważenie dla nauki, popadł w obojętność, ożenił się dla kawałka lepszego chleba, i o mało nie został najpospolitszym jego „zjadaczem.” Tak bywa najczęściej. Ale w Wokulskim nagle obudzona w 45-ym roku życia miłość wyrywa go z apatyi i wprawia w ruch jego zdolności. To zdarza się rzadziej, ale nie ma w sobie nic nieprawdopodobnego.

Pozwólmy nawet Wokulskiemu zrobić półmiliona w Bulgaryi — w sposób najuczciwszy. Od czasu jednak, gdy wróciwszy do  „Warszawy i zaimponowawszy swoim majątkiem, zaczyna się starać o  zbliżenie się do panny Izabeli Łęckiej, t. j. z chwilą rzeczywistego  wystąpienia bohatera w akcyi, zaczynają nas opanowywać pewne  wątpliwości. Wykupywanie wekslów Tomasza Łęckiego, ojca panny,  kupowanie serwisów i kamienic, należących do niego, jest raczej środkiem czynienia sobie nieprzyjaciół, aniżeli przychylnych. W ten sposób  postępowali bohaterowie romansów francuskich, gdy chcieli kogoś  zgnębić, wywrzeć na kimś zemstę, doprowadzić rzeczy do ostateczności. Człowiek rozumny i bogaty znalazłby daleko łatwiejszy, daleko mniej ryzykowny środek zbliżenia się do ubóstwianego zdała ideału i nie narażałby się na śmieszność, przesiadując w wielką sobotę w konfesyonale, by patrzeć na kwestującą Izabelę; bo to pachnie trochę studenteryą lub dziwactwem; nie krążyłby po Łazienkach nie śmiejąc się zbliżyć do przechadzającej się z ciocią pani swego serca, gdy im  osobiście był już znany.

Przejścia w dziejach miłosnych, ustawiczne wahania się pomiędzy nadzieją a zwątpieniem, pomiędzy zaślepieniem w przymiotach  ukochanej a trzeźwym sądem, pomiędzy obawą i śmiałością są wyborne same w sobie i oddzielnie rozważane, lecz w zastosowaniu do  człowieka energicznego i doświadczonego, jakim wyobrażamy sobie  Wokulskiego, wydają się bardzo dziwneml. Byłyby one na miejscu w duszy młodzieńca pełnego jeszcze złudzeń, nie znającego świata i kobiet w szczególności, nie posiadającego tej pewności, jaką bądź-co-bądź dają człowiekowi pieniądze, własną zwłaszcza pracą zdobyte.  Niezgrabnym trochę i niezręcznym mógł być Wokulski, bo do łatwości ruchów towarzyskich trzeba nawyknąć od młodu, ale nie mógł być chyba naiwnym w 45-ym roku życia, poznawszy różne okazy kobiet w saloniku swej żony. Wokulski obwinia poezyą romantyczną a w szczególności Mickiewicza o posępne zabarwienie ideału miłości, o wyniesienie go na wyżyny niedościgłe, „Bo któż to — woła on — miłość przedstawiał mi jako świętą tajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennemi kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?… Miłość jest radością świata, słońcem życia, wesołą melodyą w pustyni, a ty co z niej zrobiłeś?… Żałobny ołtarz, przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanem sercem ludzkiem!” (II, 353). Takie deklamacye są właściwe w ustach młodzieniaszka-marzycielą, nie znającego różnicy pomiędzy poezyą i życiem, czerpiącego wyobrażenia swoje z książek, a nie ze skarbnicy doświadczenia. U takich ludzi jak Wokulski są one dziwacznym, melodramatycznym wykrzykiem, któremu towarzyszy równie melodramatyczne ciskanie tomu poezyi  Mickiewicza, a potem rozczulanie się nad jego losem złamanym przez miłość do arystokratycznej panny. Wogóle taka miłość pełna udręczeń,  niepokojów, odpowiada raczej naturom refleksyjnym, w sobie zagłębionym, lubiącym „własną, pieścić się boleścią”, aniżeli charakterom śmiałym, energicznym, zaprawionym do walki w szkole życia praktycznego.  Zapewne, i takie charaktery śmiałe niezbyt bywają skłonne do położenia kresu niepewnościom przez jakiś krok stanowczy, ale prędzej się nań decydują, aniżeli natury miękkie, refleksyjne, Hamletowskie.  Tymczasem Wokulski przeważnie toczy tylko ze sobą walkę wewnętrzną, a gdy próbuje czynem oderwać się od ubóstwianej istoty, w której sto razy mógł zauważyć płytkość i fałsz, to działa jak odurzony lub jak  lunatyk, jedzie do Paryża, by wypijać po karafce koniaku, włóczyć się bez celu po ulicach i wystawach, nie mogąc się ani na chwilę otrząsnąć od

jedynej myśli przytomnej mu zawsze i wszędzie, od myśli o Izabeli. Cokolwiek się pisze (rzadziej mówi) o wszechpotędze miłości,  niepodobna przecież, polegając na psychologii i doświadczeniu, zgodzić się na

to, ażeby człowiek z silną wolą nie mógł zapanować nad tą  namiętnością, zwłaszcza gdy ona w sferze duchowej tylko ma swe źródło.  Jedna tylko okoliczność zdaje się w tej mierze módz sparaliżować wysiłki woli t. j. monomania. Jakkolwiek Prus robi niekiedy cło tej  okoliczności aluzye, nie uczynił jej przecież swą tezą. Ojciec Wokulskiego był wprawdzie inonomanem, marzącym o wyprocesowaniu od rodziny wielkiego majątku; sam bohater mówi o sobie, że ma raka w duszy, że został zahipnotyzowany przez Izabelę; ale żadne inne, wyraźniejsze ślady choroby umysłowej nie zostały przez autora uwydatnione, a  wracająca od czasu do czasu świadomość położenia, błyski trzeźwego, krytycznego poglądu na Izabelę, świadczą, że jeżeli początki monomanii miłosnej były w Wokulskim, to się nie rozwinęły do tego stopnia, żeby aż całkowicie zdołały zabić w nim wszelkie inne ideały, i pobudki  działania. Ostateczne oswobodzenie się Wokulskiego po drastycznej  rozmowie Izabeli z kuzynkiem dowodzi, że energia w nim nie zamarła, tylko w skutek tendencyi autora pozostała niewyzyskaną należycie. Prusowi chodziło o to, żeby jego bohater, zapowiadający tak wielkie dla społeczeństwa korzyści, zmarnował się. Dopóki w kształceniu się jego i w poszukiwaniu pracy uwydatniał brak pomocy lub  przeszkody ze strony społeczeństwa, trzeba było przyznać mu słuszność, ale gdy dla dopełnienia miary jego niepowodzeń, obrał zawód w miłości i na ten zawód największy nacisk położył, musimy się z nim w  poglądzie rozejść. Nietylko nie zawtórzymy Wokulskiemu, gdy narzeka na społeczeństwo, że mu stawiło zapory w zbliżeniu się do Izabeli, nie tylko uznamy za niedorzeczną deklamacyą słów jego, iż gdyby się  urodził we Fraucyi, toby takich zapór nie spotkał, ale przeciwnie  całkowitą i wyłączną, winę będziemy musieli przypisać jemu samemu, bo społeczeństwo chyba nic team nie winno, że się zaślepił względem panny i że nie potrafił zapanować nad uczuciami. Czem urósł w oczach  czytelnika bohater, to sam dobrowolnie zmarnował; i zarówno  domniemana śmierć jego w ruinach Zasławskich, jak i zupełne odsunięcie się od spraw społecznych nie może budzić głębszego spółczucia; z wyżyn tragicznych wszedł on dobrowolnie na poziom melodramatycznego  kochanka. Mówimy to zaś nie ze stanowiska społecznego, ale po prostu psychologicznego i etycznego.

Jak figurze „Wokulskiego brak konsekwencyi w rozwinięciu, tak Izabeli Łęckiej pewną” mglistość fizyonomii duchowej zarzucić  wypadnie. Z początku autor zajął się nią bardzo szczegółowo i w sposób właściwy realistom francuskim starał się określić oddziaływanie  otoczenia na umysł bujny, bogato uposażony. Wpływ pojęć  arystokratycznych, odsunięcie od wszelkich interesów, a zamknięcie w sferze wygód najwyszukańszych, religijność powierzchowna i formalistyczna, w związku z dyletanckiem uwielbieniem sztuk pięknych, spotkały się z naturą prawą w głębi duszy, mającą porywy szlachetne, delikatną i subtelną, i wytworzyły, jak się zdawało, osobistość niepowszednią; która mogła albo zginąć w walce z niepomyślnemi warunkami (biedą materyalną i t. p.), albo też przejąć się szczerze uczuciami i poglądami wprost przeciwnemi tym, w jakich ją wychowywano. Pierwsze  wystąpienia Izabeli wobec zachodów Wokulskiego, oburzenie wywołane  myślą, że tenże chce być dobroczyńcą jej rodziny, chęć pozbycia się serwisu, byleby się uwolnić od upokarzającej protekcyi ciotki, próba oswobodzenia się od długów lichwiarskich, ciekawość zbadania, czy  możliwy jest wysoki procent, ofiarowany jej ojcu przez Wokulskiego mogły utwierdzić w tern pochlebnem dla bohaterki mniemaniu, mogły  wyrobić w czytelniku przekonanie, że panna Izabela’ bardzo była mało obeznana z interesami pieniężnemi, ale, że posiadała dosyć inteligencyi, ażeby się z niemi w krótkim czasie spoufalić. Lecz od chwili, w której, z kaprysu autora, panna Izabela nie może zrozumieć, że 10,000 od 30,000 nie jest 10% ale 33’/,%, czytelnik musi dojść do wniosku, że to gęś, bardzo piękna, estetycznie ukształcona, mogąca  mężczyznom zawracać głowy, ale tylko gęś, nie zaś istota, któraby pod względem umysłowym mogła rościć pretensye do jakiejś wyższości. Odtąd też t. j. mniej więcej od drugiego tomu powieści, panna Izabela już ani razu nie okazuje najmniejszego poruszenia duszy, któreby nam przypomniało jej poprzednie, pewna godnością nacechowane zachowanie się, jest ona już tylko dość zręczna kokietka, trzeźwo  zastanawiająca się nad swojem położeniem, nad możliwości, wyjścia za maż za bogatego starca, trzymającą na uwięzi Wokulskiego, z którym się  zresztą wcale nie żenuje, będąc pewną jego niezmiennej stałości. Nic poznała się dostatecznie na swym wielbicielu, nie wiedzieła, że obok nieśmiałości wobec niej i chorobliwego przywiązania, jest w nim  jeszcze energia i niechęć do podzielania łask i pieszczot z innymi;  przeciągnęła strunę, prowadząc po angielsku wobec Wokulskiego rozmowę z kuzynkiem bardzo swobodną, i naraziła się na skompromitowanie. A gdy i drugi konkurent, na którego liczyła i wobec którego  pozwalała sobie za dużo swobody, opuścił ją także, zamyśliła podobno osiąść w klasztorze… zapewne nie nadługo… W tej metamorfozie jest  Izabela wyrazistszą, aniżeli w pierwotnej (I-szego tomu) postaci, ale  natomiast nowego rysu do charakterystyki kokietek nie dodaje. Gdyby był autor jaśniej przedstawił pierwszą fazę i gdyby zgodnie z nią  rozwinął jej psychologię, otrzymalibyśmy figurę interesującą i dosyć  świeżą, chociaż przypominającą trochę „Adę” Kraszewskiego.

Obok tych trzech głównych postaci przesuwa się bogata galerya osób, kreślonych zazwyczaj sylwetkowo drobnemi, ale wyrazistemi  rysami. Za najlepszą w powieści uważałbym grupę obrazków,  przedstawiających życie średniego mieszczaństwa. Jakże doskonały jest sklep starego Mincla, pociągającego dla zabawy tekturowego kozaka w  oknie i ściągającego dla nauki dyscypliną chłopców sklepowych, wraz z jego matką widzącą w dobrej kawie szczyt zadowolnień ludzkich, i  jego synami wymyślającemi sobie od Niemców i w ciągłej ze sobą rozterce będącemi, a jednak wzajem sobie dopomagającemu, i młodą Minclową zmysłowo namiętną! Mniej dobry, ale prawdziwy jest  obrazek wnętrza sklepu Hopfera, miłości Kasi do Wokulskiego, pożycia tegoż z wdową po młodym Minclu. Odmienny, lecz w swoim rodzaju wyborny jest zarys charakteru subjektów Wokulskiego; milczący i  posępny Klein, szarmant galanteryjny Mraczewski, sumienny Lisiecki, ciągle obawiający się przymówek o żydostwo Szlangbaum.  Świetnie pomyślanym i doskonale zarysowanym jest doktór Szuman, bystry, przenikliwy, niezmiernie wrażliwy, a więc też łatwo zmieniający  poglądy, na przemian uczony i przemysłowiec, nielitościwy szyderca, ale dobry i zacny z gruntu człowiek, wymyślający na spółbraci, lecz kochający ich namiętnie. A cóż to za przepyszny opis licytacyi! Niemal z fotograficzną dokładnością, a jednak z prawdziwym artyzmem odtworzona zabawna strona-ścierania się tu różnorodnych, nieraz wprost przeciwnych sobie interesów! Knajpka wraz z Deklewskim, Szprotem, .a zwłaszcza Węgrowiczem, doskonała!

Mniej prawdziwemi, w karykaturę wpadającemi są sceny, w  których Prus przedstawił życie studentów i figle przez nich płatane w  kamienicy nabytej przez „Wokulskiego, oraz scena w sądzie, w której ciż studenci, jako nie płacący komornego, pozwani przez nową tego domu właścicielkę, dworują z niej sobie i z całej sprawy. Prus ma  niewątpliwie wielki zapas komizmu, a żarty jego i dowcipy do szczerego i  hucznego pobudzić mogą śmiechu; dobrzeby jednak było, ażeby w  dobieraniu środków wywołania wrażeń komicznych był wybredniejszy.  W „Lalce” mianowicie, tak jak w wielu felietonach jego, razi zbyt częste odwoływanie się w porównaniach i określeniach do stosunków płciowych. Może to rzeczywiście podobać się pewnej sferze czytelników,  od której nie wyłączam i kobiet, co tern chętniej czytają o takich  rzeczach, im mniej o nich pozwalają przy sobie mówić; ale prawdziwie estetycznego efektu bynajmniej to nie sprawia. Przypuścić wolno, że te koncepty samemu autorowi nie są zbyt upodobane i że jest trochę ironii w posługiwaniu się niemi; autor mówi chyba sobie; nudzą was rzeczy poważne, podobają się wam błazeństwa; dobrze, wezmę na siebie tę rolę, tylko pozwólcie się nazwać bydlętami… Mógłby sobie Prus takiej ironii oszczędzić.

Świat arystokratyczny dość dużo zajmuje miejsca w „Lalce;”  poznajemy tu kilka postaci nakreślonych sylwetkowo, a zawsze z większą lub mniejszą przymieszką sarkazmu. Najszlachetniejszą osobistością jest tu książę wiecznie ubolewający nad „nieszczęśliwym krajem,”  mający najzacniejsze dążenia, popierający wszelką działalność, w której widzi pożytek ogólny, ale sam niezdolny do żadnej inicyatywy i  naprawdę nie rozumiejący istotnych potrzeb narodu.  Najsympatyczniejszym jest Ochocki, młodzieniec zdolny, pomysłowy, ale dla braku  gotówki nie mogący pomysłów swoich uskutecznić, nudzący się w  atmosferze salonowej, lekceważący kobiety, kokietujący je na zimno, zawsze gotowy do dyskusyi naukowych, do porzucenia zabawy i życia próżniaczego, gdy mu się sposobność do ulubionych doświadczeń fizykalnych nastręcza. Hrabia udający Anglika, jeden baron wiecznie w długach, drugi astmatyczny, w starości wzdychający do sielanki miłosnej, Maruszewicż, nikczemny rajfur i oszust —jako sylwetki—są figurami dobremi. Autor głębiej w ich dusze nie wchodzi, nie przedstawia nam ich życia na tle szerszeni, uwydatnia tylko ich właściwość jako inutile pondus terroe.

W świecie kobiecym pewnym równoważnikiem księcia jest zacna i rozsądna staruszka prezesowa, wolna zupełnie od przesadów  rodowych, wspominająca swoje młodocianą, miłość do stryja Wokulskiego, rozporządzająca swoim majątkiem rozumnie. Jej ulubienicą jest  młoda wdówka Wąsowska, śmiała, trochę męskich przyzwyczajeń mająca, w słowach idąca niekiedy zadaleko, kokietująca, mężczyzn otwarcie, przebojem, ale ostatecznie w życiu bez zarzutu. Ewelina,  zdradzająca już przed ślubem, jest istotą moralnie zgniłą, którą ze zdziwieniem widzimy w towarzystwie prezesowej.

Wogóle zarys pożycia towarzyskiego na wsi w majątku prezesowej jest prowadzony żywo; zrobiłbym tylko uwagę, że zachowanie się i  rozmowy zgromadzonych tu osób bardziej przypadałyby do charakteru średnio-szlacheckiej lub bogatej mieszczańskiej sfery, aniżeli do  arystokratycznej.

Pani Stawska, którą Rzecki jako anioła wystawia, nie należy właściwie ani do arystokracyi, ani do mieszczaństwa. Ma ona  zapewne wyobrażać dobrą, zacną kobietę, bez kokieteryi, a pełną uroku. Gdyby nie jedna scena, w której Stawska bez ogródki powiada matce, że gdyby tylko zechciał Wokulski, stałaby się jego metresą, możnaby wziąć tę postać za .prawdziwą; pani Stawska, jak ją poprzednio  poznaliśmy, alboby się tak nie wyraziła, albo nie byłaby potem tak spokojnie wyszła za Mraczewskiego.

Ogólne wrażenie, jakie pozostawia po sobie „Lalka,” jest  mroczne; pesymistyczny pogląd na obecny stan społeczeństwa naszego  widnieje w całości, ale nie daje się uczuć zbyt dotkliwie, gdyż promyki humoru rozjaśniają cienie, rzucone przez złe lub słabe jednostki;  dopiero w samym końca, gdy Wokulski zniknął, a Rzecki umarł,  występuje on w całej sile, bo na arenie pozostają… Maruszewicz i Szlangbaum, i mają kraj reprezentować.

W kompozycyi „Lalka” jest chyba najsłabsza. Me mam tu na myśli luźnego łączenia scen, gdyż wynikać to może z metody powieściopisarskiej: lecz przerywanie biegu akcyi obszernemi wyjątkami z dziennika, czy raczej pamiętnika Rzeckiego i sposób pisania w  pamiętniku tym panujący. Wyjątki te są i tak ułożone, że mogą być w znacznej części z jednego miejsca usunięte, a w drugie wstawione: nie wiadomo dlaczego w jednym z urywków opowiedziana jest młodość Rzeckiego, a dopiero po znacznej przerwie jego wyprawa do Węgier; podobnie jak nie wiadomo, dlaczego wiadomości o  początkowych losach Wokulskiego pojawiają się dopiero w tomie drugim. Styl w pamiętniku tyra bardzo rzadko właściwy jest zwykłemu sposobowi wyrażania się Rzeckiego, w większej części ten ekswojak i subjekt tak pisać nie mógł, chyba potrafiłby tylko  skopiować rękopism Prusa: tyle w nim świeżości, dowcipu i ironii z  samego siebie. Mimo te braki, gdy się pomyśli o mnóstwie trafnych uwag, o znacznej liczbie doskonałych sylwetek, wybornych scen,  tryskających życiem; gdy się rozważy figurę Rzeckiego; przyznać się będzie musiało „Lalce” jedno z pierwszych miejsc w naszej beletrystyce spółczesnej.

Piotr Chmielowski.

Published in: on Styczeń 4, 2014 at 1:29 pm  Comments (1)  
Tags: ,

„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 4 Józef Kotarbiński

POWIEŚĆ MIESZCZAŃSKA

 (Bolesław Prus: „Lalka”, 3 tomy. Warszawa, 1890; nakład Gebethnera i Wolffa).

 (Dokończenie).

 

Psychologia namiętności, złudzeń, porywów, opadań wewnętrznych, wywołanych przez nie bolów ostrych i przewlekłych, różnych stanów podnieceń i apatyi – przeprowadzona w powieści Prusa z wyjątkiem w literaturze naszej mistrzostwem. W charakterze Wokulskiego pochwycił on zasadniczą dwoistość: kontrast szału i refleksyi, namiętności i krytycyzmu. Natura trzeźwa walczy w nim skłonnością do halucynacji, widzeń wewnętrznych, piotrosze jak i w jego duchowym rodzicu. Zrozumiał autor tę głęboką tajemnicę serc męskich, które czasami, zdając sobie sprawę z marności swych zapałów, tłumiąc je nawet mocą reflekcyi, po chwili uginają głowę pod złote jarzmo. Jest bolesną katuszą ta walka rozumu z siłą instynktowną, która ujarzmia wole, której nie może pokonać od razu nawet pogarda dla ukochanego przedmiotu. Wokulskiego opanowała wszechwładnie miłości nieszczęśliwa, ponieważ miał naturę skupioną, wrażliwą, wyobraźnię skłonną do ciągłego przerabiania skojarzeń myślowych. Była ta pierwsza miłość człowieka dojrzałego, który się uczepił jej tak chciwej, jak spragniony podróżnik chwyta zębami kubek z wodą po długiej tułaczce wśród skwaru na pustyni.

Cały rozwój namiętności w duszy Wokulskiego składa się ze stanów gorączki trwałej ekstazy miłosnej, przerywanej momentami astyi i cierpienia gdy krytycyzm rozwiewał chwilowo czar i ułudę. Należy Wokulski do marzycieli, którzy kobietę uważają za „ołtarz” swych najpiękniejszych uczuć – tymczasem widzi, że inni czasem „biorą ołtarz za krzesło, a ołtarz wcale się o to nie gniewa”. Znana to rzecz w dziejach obłędów i złudzeń miłości. Bywa i tak nawet, że to, co bierzemy za ołtarz, okazuje się potem… śmietnikiem pełnym zgnilizny moralnej. Zdarza się jednak, że znajdujemy w kobiecie „jedyną niemylność życia”, pokrzepienie i siłę współczynną, chociaż nie okalamy jej anielskiemi girlandami marzenia, ale kochamy ją pogodnie, po grecku.

Złudzenia takie bywają w wielu charakterach fazą przejściową. W wyjątkowej naturze Wokulskiego stały się one fatalną kartą, na którą postawił całe życie i przegrał. Widzimy prawie ciągłe wewnętrzną robotę jego duszy, albowiem Prus używa metody kreślenia charakteru, którą tajnie porównał do… fabrykowania zegarów ze szklanemi bokami, ukazującemi wewnętrznego mechanizmu.

Do najbardziej mistrzowski ustępów powieści należą chwilowe samotności bohatera w różnych jego stanach, te godziny smętku, boleści, melancholii lub apatyi. Umysły jego potrącony silnemi wrażeniami, odbywa wtedy wewnętrzną robotę na mocy prawa bezwładności, które panuje także w sferze zjawisk psychicznych. Żaden wysiłek woli i refleksyi i nie może powstrzymać ruchu świadomości, wywołanego przez silne pobudki zewnętrzne; nie może wyrwać z duszy tego męczącego niepokoju, ani uwolnić jej od razu z pod przemocy naczelnej namiętności. Prus doskonale maluje różne stany pozornego uspokojenia, w których ta złowroga siła drzemie, aby się potem znowu obudzić i szarpać spokój wewnętrzny. Senność wtedy wydaje się szczęśliwością; w takiej fazie Wokulski „marzy, śpi, o niczem nie myśli, o nikim nie pamięta, i tak przespałby wieki, gdyby ach! nie ta kropla żalu, która leży w nim, czy obok niego, tak mała, że nie dojrzy ludzkie oko, a tak gorzka, że mogłaby cały świat zatruć”. Cudownie rozumie autor to piołunowe poczucie bolów cichych a nurtujących. A z jaką wstrząsającą prawdą kreśli chwilę przełomu, gdy ze szczytu marzeń o szczęści strąca Wokulskiego – cyniczna miłostka jego bogdanki z kuzynkiem! Od szyderczego rozstania się, od śmiechu, z jakim pożegnał pannę Izabelę – aż do tej chili, gdy oszalały z bolu rzucił się pod koła lokomotywy – cała skala myśli, boleści, refleksy, szamotań wewnętrznych skreślona z prawdą potężną, wstrząsającą! To są jedne z najpiękniejszych kart powieści naszej; kto raz je przeczytał, nie zapomni do śmierci. Możnaby je porównać ze słynną „burzą pod czaszką” w „Nędzarzach” Wiktora Hugo’na, ale pod względem żywego pochwycenia prawdy wewnętrznej, porównanie wypada na korzyść naszego pisarza.

Równie znakomicie maluje Prusa stan apatyi i rozstroju bohatera po tym wypadku, przewlekłą chorobę woli w organizmie moralnym, którego każdy atom uległ wstrząśnieniu. Nie zupełnie się godzę tylko na końcową katastrofę. Po długiej walce obudziły się w Wokulskim instynkta moralnego zdrowia, zakipiała krew i namiętność – męzka natura ozwała się w pragnieniu rozkoszy i upojeń z wdzięków niewieścich. Podług mnie, po takiej fazie Wokulski powinien być uleczony. Jego refleksya mogłaby wpłynąć na wolę, która oparłszy się na pierwszych momentach powracającej trzeźwości, pokierowałaby pracą moralnego samouzdrowienia. Refleksya w takich razach bywa czynnikiem potężnym, zwłaszcza u natur wyżej zorganizowanych umysłowo, do jakich należał Wokulski

Ale Prus widział w swym bohaterze zupełny rozstrój woli, wynikający z utraconej racyi życia, i tę fazę ozdrowienia traktował, jako przejściową. Odnowiły się potem dawne bole, szały i męki, na które jednym lekarstwem stał się… unicestwienie.

W półcieniu zostawił Prusa te momenta ostatnich wzburzeń i obraz całej katastrofy, która jest melodramatyczną i symboliczną zarazem. Z Wokulskim, który się grzebie w ruinach zamku, woli się w gruzy cała romantyczna tradycya, podobna do niecierpliwej wiary w cuda, mające obudzić śpiącą królewnę, o której krążyły legendy w okolicach dawnego siedliska feudałów.

W każdym razie erotyczna strona postaci Wokulskiego oparta jest na znakomicie wyzyskanej obeserwacyi wewnętrznej, cały jego charakter nie robi jednak wrażenia figury z jednego odlewu. Prus nagromadził tu mnóztwo rysów pojedynczych, starał się usilnie naturę bohatera przedstawić ze wszystkich stron, ukazać jej rozwój od lat młodzieńczych. Nie urodziła mu się ona w duszy od razu; nie jest to żywcem wydarta prawdzie postać, jakich całe czeredy zaludniają jego utwór. Szczegóły pełne prawdy, analiza pewnych stron charakteru nieporównana. Rozglądając się koło siebie, widzimy jednak w różnych ludziach części Wokulskiego, ale nie znajdujemy ogólnego zarysu podobnej postaci. Nie jest jednak bohater powieści workiem wypchanym słoma frazesów, tylko rysunkiem, który nie zupełnie skupia zawartą w jego konturach wielkości cech pojedynczych.

Nie widać także realnej podstawy w jego finansowej i ekonomicznej działalności. Prus każe nam wierzyć na słowo, że robi Wokulski wielkie pieniądze, zakłada spółki wybornie procentujące – ale to wszystko dzieje się trochę… w powietrzu. Nie znać tu znowu logiki w robocie pieniędzy, w organizacji przedsiębierstwa – nie czujemy w charakterze Wokulskiego tych sprężyn intelektualnych, które go czynią szczęśliwym pogromcą i ulubieńcem mamony. Owszem, nieraz mamy prawo się dziwić, że ten dorobkowicz szasta tysiącami rubli, jakby miał na zawołanie bajeczną kieskę złotonoskę. A jednak zrobienie majątku, wywalczenie sobie finansowej potęgi, są to wśród dzisiejszej walki o byt sprawy kapitalne, które należało uchwycić w ich wewnętrznej logice i żywotnym ruchu. Siłę praktyczną Wokulskiego stanowi jego nadzwyczajne zdolności ekonomiczne i handlowe, jako jeden z przymiotów jego przebogatej i nadto złożonej natury. Tymczasem cała ta praca wygląda na niezbyt dobrze obmyśloną improwizacją. Wokulski tak samo fantastycznie zdobywa majątek i dokonywa wielkich operacyj, jak wielu jego dawniejszych poprzedników w naszych powieściach. Pomimo nadzwyczajnej siły duchowej, człowiek ten marnieje, ponieważ ślepy instynkt serca popchnął go ku kobiecie innego świata. Stoi przed nim otworem droga żywotnych działań dla społeczeństwa, mógłby dać pracę setkom ludzi, powiększyć bogactwo krajowe; on tymczasem całą energię wysila na zdobycie ręki arystokratycznej panny, z którą nie mógł mieć moralnie nic wspólnego, bo dzieliły ich całe przepaście tradycyj, nałogów, konwenansów i przesądów.

W chwili zawodu i rozczarowania Wokulski nie widzi swego zbawienia w praktycznej robocie społecznej, ale marzy o pracy dla naukowych utopij. W powieściach Prusa często pojawia się fantastyczne marzycielstwo, albo nawet maniactwo na tle naukowem. Ma go trochę Wokulski, który roił o „perpetuum mobile”: zamłodu, ma go Ochocki, jedna z najbardziej sympatycznych postaci w „Lalce”, człowiek inteligentny, żywy, ruchliwy, pełen projektów, wynalazca, który potrafi się umizgać do płci nadobnej, ale nie zapomina nigdy o ideałach wiedzy. Głównym reprezentantem tej wzniosłej manii jest stary przyrodnik Geist, którego Wokulski poznał podczas pobytu w Paryżu, gdzie w wirze wielkiego miasta, w podziwianiu olbrzymiego ruchu cywilizacji chciał stłumić nieszczęsną namiętność po pierwszych niepowodzeniach. Ten Geist jest postacią symboliczną, a mimo to nakreśloną z wielką, łudzącą plastyką. Reprezentuje on w nauce idealizm wyższego rzędu, w przeciwieństwie do pospolitego racyonalizmu i rutyny naukowej. Pracuje dla wzniosłych urojeń, chce wynaleźć metal lżejszy od powietrza, aby oddać go na użytek jednostek, które będą chciały walczyć przeciwko ujemnym i złowrogim potęgom ludzkości. Dąży tedy do zmiany międzycząsteczkowego układu ciał, robi na tej drodze znakomite odkrycia. Oficjalny świat naukowy zachowuje się z chłodną obojętnością wobec tego marzyciela, nazywając go waryatem. Jest to satyra na konserwatyzm naukowy, oparta na oryginalnej fantazyi przyrodniczej. Zmiana ciężaru gatunkowego ciał za pomocą przetworzenia ich układu międzycząsteczkowego, nie leży w okresie dzisiejszych zdobyczy, ale nie wykracza podobno po za granice możliwości. Przecież nowsze odkrycia naukowe przed stu laty należały do pomysłów bajecznych. Beletryście wolno jest fantazjować, byle czynił to zgodnie z duchem nowożytnej nauki i nie plótł bajd poczwarych. Podziwiać należy talent, z jakim Prus odział te pomysły w kształty wyraźne, a symboliczną postać Geista oblokł w żywą krew i ciało.

Do idei i pomysłów Geista zwraca się umysł Wokulskiego w chwilach rozczarowania. Pomiędzy pracą dla nauki a panną Izabelą zawiera się wybór dróg jego żywota. Omija ścieżki najbliższe, najpraktyczniejsze, ale marzeń miłości lub utopij naukowych. Gdyby miał tyle siły, aby się oderwać od swego bożyszcza, możeby z Geistem ślęczał w laboratorium nad wielkiemi odkryciami, pracowałby dla ludzkości, zapominając o własnem społeczeństwie. Ten idealizm, to uganianie się za marami, w losach Wokulskiego gra rolę złego ducha, którego wedle słów Mefistofelesa Gothe’go, „w błędnem kole prowadzi bydlę po wyschłym rozdole, a tam się okół świeża trawka ściele”. Życiowym błędem bohatera jest brak praktycznego programu u konsekwencji działania. Robi wprawdzie ludziom wiele dobrego, daje pracę biedakom, pomaga skrzywdzonym, ratuje od ruiny rodzinę swej bogdanki, podnosi dziewczynę upadłą – ale to wszystko czyni przygodnie, za popędem szlachetnej natury, w końcu zaś marnuje całe dzieło żywota.

Przyczyną bezpośrednią jego zguby jest kobieta. Nie wiem, czy do panny Izabeli stosuje się tytuł powieści, ale to pewna, że na epitet „lalki” nie zasługuje ta salonowa rusałka, żyjąca myślą w egzotycznej atmosferze. W gruncie nie jest ona złą, ma nawet szlachetne instynkta, ale otoczenie zrobiło z niej istotę niezdolną do głębszych uczuć, rozmiękczoną w życiu próżniaczem i pospolicie samolubną. Roztacza ona pewny rodzaj upajającego wdzięku, który działa narkotycznie na męzkie głowy. Mają to czasem kobiety, które możnaby porównać do czeskiego szkła w pysznej oprawie. Widzisz postać anielską, w oczach całe niebo, w uśmiechu urok poetyczny, nieokreśloną zadumę na obliczu. Pod tą świetną zasłoną wdzięków, kryje się jednak nie tajemniczy posąg bogini, ale bardzo pospolita figurka gipsowa. Panna Izabella nie umiała czuć i kochać naprawdę – znała słodkie omdlenia wyobraźni, upajała się, niby haszyszem, marzeniami o różnych wielbicielach, lubiła kokietować wszystkich, miała swe małe kaprysiki i fantazyjki, nie była w stanie przywiązać się do silnej i głębokiej duszy Wokulskiego. Jest to postać kreślona doskonale, z wielką subtelnością szczegółów, z bardzo dobrem odczuciem logiki tych natur mdłych, połowicznych, które przy pozorach anielskości, nie potrafią być nigdy kobietami. Nie tylko panna Izabella, ale cała galerya figur niewieścich jest w powieści doskonała, świadczy o bystrości spostrzegawczej Prusa i chlubę przynosi jego artyzmowi. Pomijam charakterystykę jednostek, niezmiernie bogatą i pełną rozmaitości – zaznaczając, że całość świata niewieściego wyszła ujemnie. W poglądach swych na kobiety Prus ostatniemi czasy skłania się widocznie ku pesymizmowi, który nawiasem mówiąc, jest cechą wszystkich umysłów głębszych i silniejszych. Jego kobiety nie są do gruntu złe, mają niektóre sympatyczne przymioty, ale wartości ich bardzo średnia, a wpływ na los mężczyzn przeważnie ujemna. Autor zdaje się mówić na różnych kartach powieści; „Znam was, moje aniołeczki, bywacie miłe, rozkoszne, pożyteczne, nawet w błędach i słabościach waszych, ale w ogólności życia dla was marnować nie warto”. W całej czeredzie kobiet znajdujemy jednę głębszą postać starej matrony, która roztacza sokoła siebie szczęście – inne są to kokietki, istoty pospolite, pomimo zewnętrznego wdzięku, lub poziomo złośliwe. Przez usta swych ludzi rozumnych Prus dużo cierpkich refleksyj głosi o kobiecie, chcąc widocznie oddziałać przeciw romantycznym ułudom. Pod tym względem jest on trochę jednostronny, a jak twierdzą niektóre panie, chytry, zdradliwy, albowiem na to tylko zbliżył się do „lubych aniołów”, aby pochwytać różne tajemne ich właściwości, a potem szpetnie oszkalować przed światem. Gorycz ta owocem doświadczenia, które nie przynosi wesołych wyników odnośnie do natury człowieczego gatunku, a zwłaszcza jego żeńskiej odmiany.

W losach bohatera powieści Prus przedstawił to wielkie bankructwo złudzeń idealnych, które Krasiński symbolizuje tak pięknie w „Niebozkiej komedyi”, gdy w oczach hr. Henryka z widma jego dziewicy opadają blaski, róże i tęcze, aby ukazać kościotrupową zmorę. Jeżeli jednak Prus chciał wykazać, że zgubą mężczyzny bywa złowrogo kuszący urok kobiety, to fakta jego powieści nie popierają takiego założenia. Wokulski zmarnował się, ponieważ jak gwiazdki z nieba zapragnął kobiety, będącej produktem odmiennej sfery, która skrzywiła i wydelikaciła jej przyrodzone instynkty. Gdyby trafił na kobietę swego świata, nawet tak średnich zalet, jak była panna Izabella, mógłby być względnie szczęśliwym, boby łatwiej znalazł punkta moralnej z nią styczności. Panna Izabella także zbankrutowała na jego konkurach, bo przekonawszy się późno, że były kupczyk godzien był prawdziwego uczucia, wstąpiła… do klasztoru. Jest ona przedstawicielką czczości i wpływów swojej sfery, którą Prus w powieści namalował barwami społecznej niemocy. Trzymają się wprawdzie jaśnie wielmożni majątkiem, galwanizują się resztkami rodowej dumy, ale nie mogą zdobyć się na energią, na szerszą robotę, nie wydają z pomiędzy siebie ludzi energicznych i zdolnych. Nie powiem jednak, aby Prus mocny był, jako malarz rodzajowy arystokratycznego świata. Zamało miał danych z obserwacyi, a intuicya mu nie zawrze dopisała. I tu jednak wyborne są figury pojedyncze, jak naprzykład ojciec Izabelli, podrujnowany karmazyn, pełen naiwnych złudzeń, z których go nie wyleczyły bolesne nauki losu, albo sentencyonalny książę, który umie tylko wzdychać, prawić żałośliwe frazesa, mówić o miłości dla społeczeństwa, ale jest niedołężny w robocie publicznej, albo nareszcie podrujnowany baron, żyjący na fartuszku żony, bogatej prostaczki. Inne jednak postacie tej sfery rysowane są pobieżnie, zewnętrznie, polegają na uchwyceniu pewnych cech zewnętrznych. Sceny zborowe, opisy zgromadzeń towarzyskich nie mają właściwe tonu, nie przemawiają trafnością rysów szczegółowych, których Prus ma  wszędzie takie mnóztwo na zawołanie. Kreśląc w niezbyt różowych barwach sfery rodowe, Prus nie czyni tego specjalnie pod wpływem nienawiści stanowej, bo zresztą innym warstwom nie prawił komplementów. Przedstawiciele kupiectwa, z wyjątkiem Wokulskiego, nie grzeszą zdolnościami ani energią; stary Rzecki pod koniec życia wyrzuca sobie, że marzył o wielkich sprawach i Napoleonidach, a nie pomyślał o założeniu sklepu na własną rękę. Robota handlowa Wokulskiego szybko rozpada się w gruzy, ponieważ była zaimprowizowaną, a jego miejsce zajmuje… Szlangbaum, Żyf, który obejmuje także kierunek założonej spółki handlu z Rosyą i zaraz obcina procenta wspólnikom, wprowadza system geszefciarski najniższego gatunku. Na Szlangbaumie wykazał Prus wpływy rosnącego ostatniemi czasy anti-semickiego ruchu, który odbił się w umyśle autora i w końcu powieści. Syn bogatego lichwiarza, z początku cichy subiekt w sklepie, Szlangbaum pod wpływem rosnącej ku Żydom niechęci, przechyla się ku separatyzmowi. W miarę, gdy wzrasta jego znaczenie handlowe, nabiera coraz większej buty i arogancyi. Postać to wyborna, typowy przedstawiciel całej grupy tych semitów, na których oddziałały fatalnie szczucia i podszepty nienawiści plemiennej. Innym reprezentantem żydostwa jest doktor Szuman, nawskroś racyonalista, poddający nielitościwej ciętej analizie czyny jednostek i szersze zjawiska społeczne.

Człowiek ten nie działa, ale służy Prusowi do wydobycia rembrandtowskich kontrastów. Obdarzony wysoką inteligencyą rasy, wznosi się pod nad jej typ przeciętny bezinteresownem zamiłowaniem nauki. Podszyty trochę kosmopolityzmem, szydzi z niepraktyczności polskiej, z całego „naszego systemu”, któremu brak realnego gruntu pod nogami, i przeciwstawia mu „system żydowski”, to jest bezwzględnie utylitarny, dążący do praktycznych korzyści, czuje on w głębi duszy pogardę dla swej rasy, a jednakże wiążą gą z nią tajemne nici, nie wyłączające sympatyi dla ogółu. On i Szlangbaum reprezentują dwie różne grupy żydowskiego świata – niema jednak w powieści reprezentanta innej grupy: typu Żyda inteligentnego, będącego dodatnim produktem kultury z ostatniej doby naszego rozwoju. Na ludzi tego gatunku prądy autisemickie oddziałały psychologicznie, ale nie społecznie, bez osłabienia ich najszlachetniejszych uczuć. Z tym typem powinni się liczyć publicyści i powieściopisarze nasi, jeżeli chcą uwzględnić wszystkie skręty gordyjskiego węzła, który się zwie kwestyą żydowską i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie rozplątany.

Rezultatem społecznym „Lalki” jest obok rozpanoszenia się Szlangbaumów et consortes, upadek ludzi działających bez dalej wytkniętych celów, bez trzeźwego zrozumienia potrzeb i obowiązków społecznych. Koniec powieści przedstawia się ponuro. Widać w nim skutek rozstroju społeczeństwa, które nie może znaleźć wytycznych dróg rozwoju. Wymierają dawni romantycy, a nowi pozytywiści nie znajdują gruntu pod nogami. Po pierwszych jednak zostaje siła ducha, którą Prus symbolicznie w końcu zaznaczył; zostaje cząstka moralna, która jest zadatkiem nieśmiertelności. Nowi jednak działacze muszą iść Innemi drogami, muszą żywotność oprzeć na podstawach realnych, dążyć do wytworzenia energii, swojskich sił na polu ekonomicznem, aby na tej podstawie podnieść siłę moralną.

Brak programu, któryby łączył ideały zbiorowe z jasnem wytknięciem prac praktycznych, jest przyczyną bezpłodności działań tego pokolenia przejściowego, które rozwija się wśród skomplikowanych i trudnych warunków. Głosem jeremiaszowym nawołuje Prus do pracy na swojskim gruncie, która ważniejszą jest , aniżeli służba dla ogólno-ludzkich celów, albo szukanie losu po świecie. Jeśli dla jakichkolwiekbądź powodów ludzie dzielni i uczciwi nie będą pamiętali o najbliższych obowiązkach, to rozwielmożnią się geszefciarze i karyerowicze najgorszego gatunku. Rozumie się, że malując objawy społecznego rozbicia, Prus musiał być jednostronnym. Mamy prawo teraz oczekiwać dopełnienia obrazu, utworów wytycznych i pokrzepiających. W „Lalce” niema zarysów dodatniego programu, chyba jeżeli nadamy takowe znaczenie stosunkom Wokulskiego z kupcem Suzinem, który był mu szczerym druhem, dopomógł do zdobycia majątku. Autor potrącił tu przelotnie kwestyą natury ekonomicznej, z której mogłyby wypłynąć ważniejsze rezultaty, gdyby Suzin stał się typem reprezentującym szerokie koła i rzesze.

W obecnej chwili ta i inne sprawy stanowią wielki znak zapytania, który jest tytułem ostatniego rozdziału powieści. Trafna to symbolika, świądcząca, że pisarz zna dobrze duszę tej szerszej gromady. Powieść jego nie może być uważana za jakieś skupienie wszystkich rysów obyczajowych epoki, ale odbija wiele jej naturalnych znamion, jest smutnym obrazem barku świadomości społecznej, nie umiejącej sformułować zdań dania jutrzejszego.

Imponuje w niej przedewszystkiem wielki talent tworzenia żywych ludzi i bogactwo epizodów. Co chwila Prus ukazuje nam nowe oblicza osób w związku z sferą, w której wyrosły. Z wyjątkiem kilku postaci pobocznych, nie zadowala się rysami zewnętrznemi, sięga do wnętrza figur, jako obserwator i analityk. Ze specyalnem zamiłowaniem wkracza w dziedzinę nieświadomych i półświadomych aktów psychicznych, maluje sny, złudzenia wyobraźni, tajemnicze rojenia na jawie, w chwilach podnieconej pracy ludzkiego wnętrza.

Ogromne bogactwo epizodów, scen, postaci i widoków stanowi główny powab powieści, której kapitalnym błędem jest brak artystycznej jednolitości i harmonii. Prus nie pisał bez plany, o czem świadczą niektóre misternie narysowane nici, wijące się przez całość utworu. Ale to pewna, że w miarę tworzenia rósł obszar dzieła, że autor zbaczał zanadto z wytkniętej kolei, malując z zamiłowaniem wiele pobocznych, luźno przyczepionych scen. Przepysznym jest prosty, szczery, szeroko epicki ton powieści, pisanej językiem giętkim, barwnym, pełnym prostoty. Czasami jednak obok malowideł w szerokim stylu, wetknie autor humorystyczne obrazki, pełne werwy, śmieszące do rozpuku, ale trochę szarżowane i karykaturalne.

Szkoda, wielka szkoda, że budowa całości powikłana i nieporządna. Wszystkie prawie części utworu są świetnie, spojenie ich bardzo wadliwe.

Całość można porównać do bogatego, ale bezładnie założonego parku, który w ogólnych grupach drzew nie ma harmonii, pełen jest powikłanych ścieżek u uroczych zakątków. Potępianie jednak powieści dla tych usterek byłoby dowodem bardzo płytkiego formalizmu. Tętni w niej tyle życia, tyle skupionej miłości, znać tu i ówdzie prace myśli, czasami niesystematycznej, ale rzutkiej i głębokiej, że „Lalkę” należy zaliczyć do znakomitych dorobków piśmiennictwa naszego, do świadectwa jego niewygasającej siły. Przetrwa ona dłużej, aniżeli pisane o niej krytyki, choćby oskarżały autora o siedem grzechów śmiertelnych przeciw estetyce szkolarskiej.

 

Józef Kotarbiński.

Published in: on Grudzień 11, 2013 at 7:18 pm  Comments (1)  
Tags:

„Lalka” Bolesława Prusa w recenzjach, cz. 1

 

Pierwsze recenzje ukazały się dopiero po wydaniu książkowym powieści w roku 1890 nakładem Gebethnera i Wolffa.

Wydanie podzielono na trzy tomy. Władze cesarskie mocno ingerowały w treść, cenzurując wiele fragmentów powieści. Ocenzurowane fragmenty dotyczyły głównie wzmianek o udziale w zrywach niepodległościowych, zsyłkach na Sybir. Ocenzurowano także fragment opisujący wygląd Suzina, przyjaciela Wokulskiego od interesów.

Zadziwia fakt, że powieść ukazująca się początkowo w odcinkach na łamach Kuriera Codziennego w latach 1887-1889 i wzbudzająca społeczne dyskusje nie doczekała się wcześniejszych recenzji.

W 1890 roku ukazało się 13 recenzji, w tym recenzja Aleksandra Świętochowskiego, która z czasem przerodziła się w publiczną dyskusję na łamach prasy z Bolesławem Prusem.

Idąc chronologicznie, pierwsza recenzja ukazała się na łamach Przeglądu Tygodniowego 4 stycznia 1890 roku, autorstwa Waleryi Marrene. Autorka bardzo przychylnie odnosi się do treści powieści i do samego autora, z resztą jak większość recenzentów, ale nie pomijano konstruktywnej krytyki i nie zapominając o wyrażeniu szacunku wobec wielkiego pisarza jakim jest Bolesław Prus.

Recenzje:

  1. Walerya Marrene, „Przegląd Tygodniowy” 4.01.1890 r.
  2. Anatol Krzyżanowski, „Tygodnik Mód i Powieści” 15.02.-1.03.1890 r.
  3. Antoni Mazanowski, „Kłosy” 6.03.1890 r.
  4. Józef Kotarbiński, „Tygodnik Ilustrowany” 8-15.03.1890 r., cz. 1
  5. Józef Kotarbiński, „Tygodnik Ilustrowany” 8-15.03.1890 r., cz. 2         
  6. Kazimierz Ehnerberg, „Kurier Polski” 9-11.03.1890 r.
  7. Wiktor Gomulicki, „Kraj” 14.03.1890 r.
  8. Piotr Chmielowski, „Ateneum” 03.1890 r.
  9. Bolesław Lutowski, „Tygodnik Powszechny” 22.03.-5-04.1890 r.
  10. Teodor Jaske-Choiński, „Wiek” 11-18.04.1890 r.
  11. „Kraj” 11.04.1890 r.
  12. Leon Okręt, „Kraj” 25.04.1890 r.
  13. Jan Ludwik Popławski, „Głos” 24.05.-7.06.1890 r.
  14. Antoni Lange, „Życie” 20.09.-11.10.1890 r.
  15. Aleksander Świętochowski, „Prawda” 1890 r.

Teksty recenzji, które będę umieszczać sukcesywnie, pochodzą z oryginalnych numerów prasowych w raz z oryginalną pisownią ówczesnych lat.

Published in: on Listopad 23, 2013 at 7:00 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,